19 maja 2017

Festiwal Świadomych Rodziców oraz SILESIA BAZAAR Kids vol. 4 (cz.1)

Od festiwalu minęło już kilka tygodni; czuję się spóźniona z tym postem, jednocześnie bardzo chcę się podzielić tym, co mnie urzekło. Temu, jak twierdzę, służą wszystkie moje relacje z tego typu imprez: pokazaniu, ile dobrego i ciekawego (ba! inspirującego!) dzieje się dookoła nas - ile marek powstało, które wkładają serducho w to, co robią. Często są to firmy "domowe", nawet jednoosobowe, gdzie pasja i chęć zrobienia czegoś inaczej niż wszyscy, tęsknota za pewną "wizją", pchnęły do działania.
Dzisiejszy wpis to część pierwsza - poświęcona tym markom, które najbardziej skradły moje serce (co widać chociażby po ilości zdjęć - trzaskałam ich na tych stoiskach najwięcej!).


Do marki przyciągnął mnie ich lookbook. Nasze pierwsze spotkanie to były zdjęcia ojców bawiących się ze swoimi małymi dziećmi albo tulących je do siebie. Gra światła, nanocząsteczki kurzu wirujące w powietrzu. I materiał - który na zdjęciach uwydatniono wyśmienicie - który na wirtualnej fotografii wyglądał niesamowicie wygodnie.
Potem usłyszałam o marce, spodobała mi się gama kolorystyczna - stonowana, z cudnym musztardowym jako mocnym akcentem, barwną plamą (potem takich plam przybyło). W jednym z konkursów udało mi się wygrać dla córci rampers (właśnie musztardowy) oraz dziennik małych wielkich rzeczy - wspaniały przedmiot do notowania ulotnych chwil z dzieckiem - może stanowić nasz list do pełnoletniego człowieka, prezent na 18-urodziny, ślub czy inne ważne momenty. Nasze wspomnienie z rodzicielstwa - "łapacz" wspólnych chwil. Kiedy zaczęłam zapełniać strony przemyśleniami, refleksjami, słowami kierowanymi do teraz jeszcze maleńkiej, ale kiedyś dorosłej kobiety - mojej córki - oczy szkliły się same. 
COODO to coś więcej niż ubranka. To cała idea. Bliskości, "uważności", świadomego bycia obok i razem z dzieckiem.





Beata Miros - założycielka marki COODO - opowiadała o wyprawce idealnej. Czyli jakiej? Przede wszystkim przemyślanej: nie kupować za wiele lub na zapas (nie wiadomo, co nam się sprawdzi), ale stawiać na produkty najlepszej jakości - wygodne, miękkie, z naturalnych materiałów. Myślmy o wygodzie malucha, który w pierwszych miesiącach życia przeważnie leży. Najlepszym pomysłem jest wcielenie się we własne dziecko, wyobrażenie sobie, jak samemu by się czuło np. w sukience "balowej" (są przecież takie dla niemowląt) czy koszuli ze sztywnej tkaniny. Niekoniecznie wygodnie? To nie serwujmy tego swojej pociesze!





Wspominałam o tych uciesznych stworkach przy okazji poprzedniej edycji SILESIA BAZAAR Kids (moja relacja TUTAJ). W tym roku również miałam przyjemność je spotkać - tym razem towarzyszyły im nowe dodatki, w tym pióropusze, które można założyć samemu albo odziać w nie filcowego przyjaciela.






Urzeka mnie w marce podejście do dodatków - istnieją one pełnoprawnie, z takimi samymi prawami jak maskotki, czyli - wydawałoby się - produkt główny. A tu proszę - plecaki, trampki, skórzane okulary czy wspomniane pióropusze są dopracowane w najmniejszym szczególe, by razem z milusińskimi właścicielami (czy maskotkami, czy... nami ;)) tworzyć spójną całość. Dla przykładu, poniżej cudny plecak, który możemy założyć np. królikowi:


A to sprawczyni całego zamieszania! Na moją prośbę prezentująca pióra w akcji. Wiecie, że można je dobierać, dowolnie komponować? Uwielbiam takie pomysły!





Agnieszkę poznałam kilka lat temu - nie osobiście, a internetowo. Wtedy - jeszcze w ramach Sus Toys - tworzyła swoje pierwsze maskotki i ubranka, w tym ręcznie szytą książkę dla dzieci, wspierającą w nauce zapinania guzików, zamków, wiązaniu kokard i oddziałującą na zmysły. Wtedy zamówiłam książkę dla Małego Johna, teraz bawi się nią jego siostra. Każda była niepowtarzalna, tworzona w zasadzie na indywidualne zamówienie, z autorskich tkanin. 
Tym bardziej ucieszyłam się więc, że uda mi się spotkać Agnieszkę i przybić jej piątkę - w realu, nie w sieci! 
Dzisiaj książek kupić już nie można, ale maskotki do kolorowania czy cudne ubranka z autorskimi printami (poszerzone o kolekcję dla mam!) jak najbardziej. Zacieram już ręce na sukienkę dla siebie, wciąż jednak nie mogę się zdecydować na wzór... Grafitowa w ptaki czy może biała w niedźwiedzie? ;)
 




A to Agnieszka - pozytywna, ciepła dusza. Aguś - świetnie było Cię poznać!




Na zakończenie pierwszej części relacji marka, którą poznałam dopiero na tych targach. Przyciągnęła mój wzrok niemal natychmiast - głównie za sprawą stonowanej kolorystyki, jednocześnie bardzo dziewczęcej - takiej "mojej". Kiedy myślałam o urządzaniu wyprawki dla córki czy przygotowywaniu w naszym mieszkaniu kącika dla niej, poruszałam się mniej więcej w tej kolorystyce. Poza tym te maskotki-lale... Te poduszki...! Romantyczne, słodkie, ale z klasą, nieprzesadzone czy infantylne, czego nie lubię w produktach dla dzieci. Wszystko ze smakiem, dla małej księżniczki (albo większej - bo mnie samej oczy świeciły się jak dwa diamenciki!).






zobacz również:
 

7 maja 2017

Jak ozdobić włosy na Komunię? Opaska w pół godziny!

Wczoraj wspominałam o kartkach komunijnych - estetycznych "potworkach" czy "koszmarkach", z którymi najczęściej mamy do czynienia. Podobnie jest ze wszystkim, co dotyczy tej uroczystości - przerost formy nad treścią. Znalezienie ładnego wianuszka, którym dziewczynka idąca do Komunii Świętej mogłaby ozdobić włosy, jest równie trudne. Jeszcze niedawno najlepiej było postawić na żywe kwiaty - delikatną plecionkę np. z konwalii (niestety, kwiaty te są mało wytrzymałe i nie dotrwałyby do Białego Tygodnia) - minimalistyczną i bardzo dziewczęcą. Jeśli jednak wolimy coś "stałego", czy musimy zdać się na ofertę sklepów z dewocjonaliami?

Niekoniecznie. Opaskę możemy wykonać sami. Zdecydujemy nie tylko o szerokości czy kolorze gumki, ale i o zdobieniach. Co najważniejsze: taką opaskę można będzie wykorzystać też później, przy innych okazjach. Nie wydamy więc pieniędzy na jednorazową "imprezę" - dla mnie bomba!

Podejrzewam, że każdy ma w domu jakiś kawałek filcu czy innego, grubszego materiału (pianka też byłaby dobra). Wystarczy gumka, igła i nić, by idealna opaska na głowę była gotowa! Nie tylko z okazji Komunii Świętej, ale i na Chrzest, Bierzmowanie, Ślub czy... urodziny lub jakąkolwiek inną uroczystość, ważne wydarzenie!



Potrzebne będą następujące materiały:


1. Nici (najlepiej w kolorze filcu, by szycie było niewidoczne).
2. Dodatki (filcowe kuleczki czy inne) - można ten punkt pominąć.
3. Gumki (w różnych kolorach czy o różnych grubościach - w zależności od oczekiwanego efektu).
4. Arkusz grubego filcu.
5. Igły do szycia.

Wykonanie:
Odcinamy odpowiednią długość gumki - żeby to zrobić, przymierzamy gumkę do własnej głowy albo głowy dziecka i docinamy. Końce gumki zszywamy ze sobą. Z filcu wycinamy żądany kształt - czy będzie to gołębica, czy listki, czy jakikolwiek inny wzór.



Ozdobę z filcu przyszywamy w miejscu łączenia krańców gumki. Gotowe!


W krótkim czasie można w ten sposób wyczarować naprawdę różnego rodzaju opaski do włosów - wszystko zależy od wyobraźni. Szeroka, czarna gumka (zwykle używana do... bielizny albo jako ściągacz np. w spodniach) będzie wyglądała elegancko i dodawała szyku, natomiast cieńsza różowa będzie bardziej delikatna, dziewczęca. Eksperymentujmy!




6 maja 2017

kartki komunijne, czyli odczarować "kościelne" grafiki

Pamiętam swoją Komunię - i swoje komunijne kartki. Kiedy dobrych kilkanaście lat później szukałam takowej dla swojego chrześniaka, uderzyło mnie to, że w kwestii graficznej niewiele się przez ten czas zmieniło. Wciąż dominowały głównie wzory babcine - bogato zdobione, kwieciste, w beżach albo pastelowych pomarańczach czy różach (poza przeważającą bielą, oczywiście); alternatywą dla nich były grafiki infantylne - przesłodzone wizerunki dziewczynek lub chłopców, również okraszone mnogością dodatków - wzorków, kwiatuszków i tym podobnych. "Koszmarki". Nie inaczej było w przypadku typowych dla tego rodzaju uroczystości papierów do pakowania. Znalezienie rolki z minimalistycznym wzorem graniczyło niemal z cudem (o który bardzo trudno, mimo odniesienia do tematyki kościelnej). W efekcie kupiłam rolkę srebrnego papieru, który ozdobiłam samodzielnie w domu. Byłam wówczas mocno zdegustowana dostępnym asortymentem.

Pisałam już kiedyś, że ze ślubami jest łatwiej. Coraz więcej tu wolno, od uroczystości na łonie natury, po zerwanie z maksymalizmem bieli (nikogo już chyba nie dziwią buty w innym kolorze niż biel czy jeszcze dopuszczalny odcień ecru albo wielobarwny bukiet). Ponieważ po uroczystości kościelnej zazwyczaj odbywa się wesele - uroczystość mniej formalna, nawet kartki ślubne zyskały nowe miano i wolno w nich dzisiaj... w zasadzie wszystko. Zadowolić się estetycznie w trakcie ślubu czy wesela? Można. To nie jest wielki problem - wystarczy dobrze poszukać. Ale co z Chrztem czy Komunią?

Nie wszystko stracone. Jakiś czas temu trafiłam na kartki komunijne drukowane przez markę Pieskot - strzał w dziesiątkę! Nie musimy już polegać na babcinych wzorach dostępnych w marketach czy sklepie z dewocjonaliami. Nie musimy szukać scrapbookingowych wersji handmade, które przynajmniej odróżniały się od tego, co było wszechobecne. Nie musimy wybierać między wzorami bardzo dorosłymi, w zasadzie nudnymi dla dziecka, a infantylnymi i przesłodzonymi. Może być estetycznie, ze smakiem, a jednocześnie z pamięcią o osobie, która kartkę otrzyma. 
Z głodu estetycznych, minimalistycznych dewocjonaliów zrodziła się niedawno marka FIDO design, Kama i Marek (założyciele Pieskot) mieli podobne motywacje - długo poszukiwali kartek idealnych, w końcu stwierdzili, że... wydrukują je sami. Współpraca ze znanymi polskimi ilustratorami się opłaciła, nieprawdaż?


fot. Dominika Brudny

fot. Dominika Brudny

fot. Dominika Brudny

fot. Dominika Brudny
Zdjęcia dostępne we wpisie wykonała Dominika Brudny, wykorzystałam je za zgodą sklepu Pieskot. 
Wszystkie pokazane kartki można zakupić w sklepie Pieskot, a ilustracje zostały wykonane przez Ewelinę Skowrońską, Olę Woldańską-Płocińską i Agatę Królak.

3 maja 2017

projekt "ŁAZIENKA" (cz. 3) - Dlaczego warto robić remont samodzielnie? + bonus

Mogę wreszcie odetchnąć - po pięciu tygodniach, remont łazienki uważamy za zakończony! Pozostały jeszcze drobne elementy - dokupienie kilku koszyków materiałowych na kosmetyki czy - być może - organizera na magazyny (by posiedzenia zarządu tudzież na tronie bywały przyjemniejsze), by ostatecznie uznać, że to już koniec.
20 marca rozkuto nam kafelki, by wymienić rury w pionie kanalizacyjnym. Od tego czasu wykonywaliśmy różne prace wykończeniowe, renowacyjne czy naprawy. Sami. Dzisiaj szwagierka zadała mi bodaj kluczowe pytanie: czy zdecydowałabym się na samodzielny remont po raz kolejny? Nim więc przejdę do opisu konkretnych działań (w kolejnych postach), na początku warto odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie:  

Czy warto w ogóle zabierać się za samodzielne przeprowadzenie remontu?

Odpowiedź mam jedną: TAK.
Dlaczego? Pozwólcie, że wyjaśnię to w punktach:

1. Poczujesz się jak artysta - taki Michał Anioł, na przykład, malujący sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. Nie chodzi tu bynajmniej o artyzm malowidła, ale ilość i rodzaj dziwacznych póz, jakie będziesz przybierać w trakcie pracy.

2. Z każdym dniem (tfu! tygodniem!) będziesz nabierać coraz większej pewności siebie, będziesz czuć się coraz lepiej. Dla zilustrowania, w ostatnim tygodniu niemal codziennie śpiewałam "Mam tę moc. Mam tę moooooc!".

3. Zaliczysz lepszy trening niż u Chodakowskiej albo Lewandowskiej (lub obu razem). Czy któraś z wymienionych pań opracowała serię ćwiczeń obejmujących... wyłącznie kark? Nic tak nie przysłuży się poceniu wyłącznie szyi jak wykańczanie malowania po linii płytek czy wyrównywanie silikonu! (Anka, Ewka - zaskoczcie mnie!) 

4. Przeniesiesz się w wyobraźni na plan filmowy "Szklanej pułapki" lub innego filmu sensacyjnego. Przytrzymując mężowi zabudowę rur i mając na linii oczu kratkę wentylacyjną, czułam się nieomal jak Mel Gibson albo Tom Cruise. Doświadczenie jednorazowe! 


5.  Nie będziesz marudzić (za wiele) w przypadku pewnych niedoróbek - swój swojego besztać wszak nie będzie!

6. Zdobędziesz nowe umiejętności, które przydadzą się w przyszłości - chociażby przy okazji kolejnego remontu!

7. Będzie dokładnie według Twojego planu! (Choć nie zawsze wizji ;))

A może nawet...

8. Twoja łazienka/kuchnia/inne pomieszczenie stanie się miejscem objawienia, a przypadkowy ruch pędzlem błogosławieństwem dla przeprowadzanych prac!


+ obiecany bonus, w którym wyjaśniam, dlaczego NIE warto samemu robić remontu (co by każdy miał w miarę pełny obraz):

1. Zapomnij o kolejnym odcinku Pokemonów czy Sherlocka (u nas obecnie na tapecie) - wieczory będą należeć do Ciebie i pędzla. Komputer (być może) otworzysz do porannej kawy, jeśli dziecko zechce się jednak zdrzemnąć.

2. Przygotuj się na wpadki. Źle domalowane miejsca wymagające poprawki, krzywe ściany, których nie wzięto pod uwagę, nierówna warstwa kleju czy inne... Uczysz się na błędach. Niestety, własnych. (Ale wiedza i doświadczenie zostają!)

3.  Przy wynajęciu ekipy, będziesz mieć na kogo zwalić winę.


Podsumowując...
W odpowiedzi na pytanie szwagierki, rzuciłam pełne przekonania: No jasne! Robiłabym remont sama po raz kolejny! Trwało to długo, to prawda, ale bez kucia i w zasadzie brudu, cały czas mogliśmy użytkować łazienkę (z mniejszymi lub większymi niedogodnościami, ale do przeżycia), nauczyliśmy się czegoś o sobie i... przeprowadzaniu remontów. Zaoszczędziliśmy na robociźnie i w każdym (niemal) momencie mogliśmy czuć się wciąż jak u siebie w domu (w przypadku zatrudnienia ekipy, masz u siebie obcych ludzi, jednak). Zdarzały się gorsze momenty, ale wszystko przetrwaliśmy - głównie dzięki świadomości, że wszystko zawdzięczamy sami sobie (i dobrze, i źle przeprowadzone prace).

Ponieważ remont zakończony, kolejne wpisy z cyklu już niebawem.
Stay tuned! 

do tej pory w projekcie "ŁAZIENKA":

1 maja 2017

świętowanie

Przy okazji weekendowego, majowego świętowania, wspominam przyjęcie urodzinowe kuzyna. Czasem wystarczy kilka elementów, dosłownie detale, jeden mocny punkt, by wydarzenie zapadło w pamięć i było wspominane z uśmiechem na ustach. 

SŁODKOŚCI
Jak dla mnie mus (nie tylko owocowy ;)). Galaretka zastygła w różnych foremkach niewielkich rozmiarów, kleks śmietany i borówki - to wystarczy, by mile połechtać podniebienie i dodatkowo zapewnić estetyczną ucztę (ha! nie tylko taką!) - taki barwny i bogaty akcent na stole. Do tego tort brownie z owocami leśnymi przekładany śmietaną i frużeliną i jestem jak Kubuś Puchatek - głaszczę się po brzuszku z uśmiechem rozanielenia.

AKCENT ZABAWOWY
...confetti! To był hit. Tuby strzelające różnokolorowymi skrawkami połyskującego papieru, folii - niby nic, urozmaicenie, ale to właśnie one zrobiły całą imprezę. Dzieci (Żeby tylko one!) zbierały confetti i obsypywały się nim na nowo. Znajdowaliśmy później w różnych częściach garderoby, mieszkania (również własnego) i we włosach błyszczące ścinki. Uśmiech przywołany jak na zawołanie!

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Przyjemnego świętowania!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka