30 listopada 2016

DIY: kalendarz adwentowy (farba tablicowa + ściana + kilka kolorowych kartek + pomysły)

Jako dziecko uwielbiałam kalendarze adwentowe: ujęte w formę prostokątnego pudełka okienka z ukrytymi wewnątrz czekoladkami. Zawsze zastanawiałam się, jaki kształt wyciągnę ja, jaki siostra - ponieważ z początku dostawałyśmy jeden kalendarz, dzieliłyśmy jego zawartość: jedna miała dni parzyste, druga nieparzyste, wigilijna czekoladka została przełamywana na pół, była zresztą największa, więc nie miałyśmy z tym większych trudności psychologicznych ;). 
Idea przygotowywania kalendarza adwentowego samodzielnie totalnie mnie zauroczyła. Obserwowałam blogowe koleżanki i z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej chciałam wziąć w tym czynny udział. W zeszłym roku byłam bardzo blisko, zabrakło czasu na szycie. W tym poszłam na "łatwiznę", wszystko za sprawą jednej z moich ulubionych ścian w mieszkaniu (post jej poświęcony znajdziecie TUTAJ). 

Pomysł na karteczki przyczepiane do tablicy zaczerpnęłam od An (TUTAJ), ale zmodyfikowałam. Znalazły się tam nie tylko zadania do wykonania (ich propozycje znajdziecie m.in. TUTAJ - wraz z gotowym kalendarzem do wydruku, TUTAJ - z podziałem na kategorie - oraz TUTAJ czy w formie minimalistycznej tekstowo, ale uroczej graficznej TUTAJ), ale również wskazówki co do ukrycia drobnych podarków. Nie chciałam bowiem z nich rezygnować - grudzień co prawda obfituje w okazje do obdarowywania się, ale nie chciałam zabierać dzieciom frajdy... Jeszcze gdy przypomnę sobie radość z zabawy à la Sherlock Holmes, jaką zaserwował mi na urodziny kilka lat temu małżonek... (Wręczył karteczkę ze wskazówką prowadzącą do miejsca ukrycia kolejnych wskazówek - wszystkie razem ułożone w odpowiedniej kolejności zdradziły miejsce ukrycia mojego prezentu urodzinowego ;)) Zwyczajnie nie mogłam inaczej.

Karteczki do kalendarza zrobiłam z pociętych na mniejsze prostokąty kart pozostałych po zeszłorocznym kalendarzu (autorstwa Clemence, która udostępnia je na swoim blogu Oh the lovely things, np. TUTAJ). Z początku chciałam nakleić na nie cyferki-gotowce, ale nigdzie nie potrafiłam znaleźć odpowiednich... Przypadkowa wizyta w Tigerze, przypadkowy rzut oka i mam! Stemple! Tak powstały 24 karty:









Żeby nie było "zwyczajnie", postanowiłam tekst na każdej z karteczek... zrymować. Z początku miały to być elokwentne limeryki, ale brak czasu (oraz zmęczenie umysłu w godzinach wieczornych) przyczynił się do pozostania przy dwuwersowych wierszykach. Niektóre brzmią lepiej, inne gorzej (bo też łatwiej zwyczajnie napisać zadanie do wykonania, a nie ubierać jedno zdanie w wymyślne frazy), ale dumna z nich jestem, a co. Oto przykłady (bądźcie dumni ze mną ;)):

1 grudnia
Czas już zacząć odliczanie
Niech stajenka w oknie stanie!

(--> Plus rysunek skarpety na prezenty, w której Mały John znajdzie drewnianą stajenkę do postawienia na parapecie - co kilka dni będą do niej wędrowały kolejne postaci, a w Wigilię... Boże Dziecię. Pomysł z "kolekcjonowaniem" elementów bożonarodzeniowej stajenki podkradłam od Gu; razem z jej stajenką, bo wygrała z propozycją innej firmy - MJ był bezlitosny ;))

2 grudnia
 Bob & Marta stajenki doglądają 
I nawet z Kopciuszkiem w niej posprzątają.

(--> W ten sposób przemyciłam do kalendarza informację o tym, że w skarpecie na prezenty czekają figurki Duplo jako mini podarek: Bob Budowniczy i jego koleżanka Marta dla Małego Johna oraz Kopciuszek dla Marion.)

 6 grudnia
Mikołaj nuci pod nosem piosneczki...
Czy słyszysz już sań dzwoneczki?

7 grudnia
Melchior Gwiazdę pokazuje -
Drogę do Stajenki wskazuje!

(--> Znów rysunek skarpety - tym razem wewnątrz będzie figurka Melchiora. Pierwszy z Trzech Króli zawita do Stajenki!)

14 grudnia
Brak pomysłu, co dziś robić?
Spójrz na listę, co Ci szkodzi?


(--> Do kalendarza, w formie załącznika, przygotowałam listę grudniowych aktywności rodzinnych: wspólny spacer, wypad na lodowisko, odwiedziny na świątecznym jarmarku, śpiewanie kolęd czy tworzenie namiotu-bazy rodem z filmu "Holiday".)

17 grudnia
W misję trudną przychodzi nam dziś wyruszać:
Najpiękniejszej choinki w mieście szukać!


Myślałam o wydrukowaniu ich na papierze samoprzylepnym, by było bardziej "profesjonalnie", ale brakło mi czasu (chciałam nawet najpierw narysować grafikę skarpety, która po zeskanowaniu również jako nadruk znalazłaby się na naklejce). W efekcie karteczki na rewersie wyglądają tak:





Nie jest to szczyt moich estetycznych wyobrażeń o tym, jak mogłyby się prezentować, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że brakującą połowę rymowanych wersów wymyślałam i pisałam na gorąco niewiele przed północą... ostatecznie jestem zadowolona z efektu ;).

Karteczki przyczepiłam do ściany za pomocą "dwustronnej" washi tape - by uzyskać dwustronność taśmy (nie tylko tej), należy zrobić z niej pętelkę, a krańce skleić ze sobą. Mniej więcej tak:




Dlaczego washi tape? Jest na tyle delikatna, że nie zniszczy ani ściany, ani karteczek, i na tyle mocna, że poszczególne prostokąty doczekają się swoich pięciu minut i nie sfruną w międzyczasie.

Pozostało jeszcze dodać kilka muśnięć kredą (ściana pokryta jest farbą kredową) i voilà!


tak prezentuje się gotowy nasz kalendarz adwentowy:
(znów rymuję ;))








...
plus zdjęcie zza kulis, czyli jak wyglądają blogerki przy pracy
(a przynajmniej ta jedna :P)


uściski dla Was,

28 listopada 2016

ferm LIVING na co dzień i od święta

Wczoraj wieczorem, kiedy jedliśmy odświętną kolację, ciesząc się z przyjaciółmi z ich zaślubin, za oknem zaczął sypać śnieg.
Jesteśmy w pałacyku, nad naszymi głowami murowane sklepienie, na ścianach duże okna otulone zasłonami, a w ciepłym wnętrzu my. Nasze dzieci biegały z okna do okna, wpatrywały się w biały puch i piszczały podniecone. Dawno nie było u nas białych świąt, ba! sam grudzień często nie przypominał zimowego miesiąca... Do niskich temperatur zdecydowanie wolę obecność śniegu, który przynajmniej obrazowo sprawia, że wszystko do siebie pasuje. Chłód i przejmujący wiatr, a zima bezśnieżna? Nie kupuję tego, przykro mi. Nawet jeśli na wiosnę muszę się liczyć z roztopami.

Dlatego wczoraj poczułam wewnętrzne ciepło. To jedno z tych paradoksalnych uczuć, na których czasem się przyłapujesz: pada śnieg, a Ciebie wypełnia ciepło.
To nic, że śnieg padał około pół godziny, a później zaczął topnieć. Padał gęsto, dużymi płatami, podświetlany przez latarnie. Wyglądał idealnie.




To wczorajsze przeżycie pozwala mi zupełnie swobodnie opublikować post świąteczny. Niektórzy narzekają na zbytni pośpiech, wczesne dekorowanie sklepowych witryn czy nucenie kolęd. Ja daję im przyzwolenie już od połowy listopada - wtedy bowiem należy wstawiać do lodówki masę na piernik staropolski, który - dla aromatu - musi swoje przeleżeć. Skoro już wtedy należy więc myśleć o Wigilii i Świętach, dlaczego nie pójść dalej z innymi przygotowaniami? Nikt nam przecież nie każe już w listopadzie ubierać choinki! (chociaż i takie pomysły słyszałam)

Dzisiaj pożyczam inspiracje od ferm LIVING. Prostota form, kolorystyka... Stonowane, wysmakowane... Dowód na to, że nie trzeba wielkich ilości przedmiotów czy dekoracji, by uzyskać odświętny nastrój. Grajmy fakturami, (pół)cieniem, tańcem barw i materiałów.






Spodobał mi się powyższy świecznik (dostępny również w wersji stojącej), którego forma jest tak prosta, a jednocześnie tak elegancka! Skojarzył mi się z wiankami, które dziewczęta wkładają na głowę 13 grudnia w Dzień Świętej Łucji. Wikipedia to czasem średnie źródło, ale przyjemnie przeczytać taki fragment:

„Świętą Łucją” w rodzinie zostawała najstarsza córka, ubrana na biało, w wianku z zapalonymi świecami, budziła rodziców, śpiewając tradycyjną włoską piosenkę „Santa Lucia”, podając kawę, czerwone grzane wino (glögg) i pszenne, specjalne na tę okazję przygotowywane, ciastka z rodzynkami i szafranem zwane lussekatter.
Wikipedia (LINK do źródła)


Gdyby nie nieprzekonanie męża, Marion miałaby na imię Łucja, poza tym wołam na nią "Lusia", bo jej imię można zdrobnić i w ten sposób; stąd Dzień Świętej Łucji nabrał dla mnie dodatkowego znaczenia - wcześniej trochę fascynował, ujmował delikatną i piękną oprawą (masze dziewcząt i dzieci ze świecami), dzisiaj patrzę na swoją maleńką córkę i uśmiecham się z czułością...




Spodobał mi się koncept książki do pakowania - folder zawiera barwne arkusze, które można wykorzystać do zapakowania drobnych upominków. Nie są to co prawda całe rolki papieru, ale może to dobry wybieg w kierunku... minimalizmu? Tego prezentowego również... ;)




Kolekcja świąteczna silnie pokrywa się (czy może raczej pasuje do) z kolekcją codzienną. Łączy je kolorystyka i estetyka - wszystko razem tworzy spójny obraz.
Nie zabraknie tu i modnych w tym roku odcieni damsko-męskich (Pantone 2016: Rose Quartz i Serenity) oraz ciemnych, głębokich barw, bardzo w klimacie koloru Benjamin Moore na rok 2017 (Shadow 2117-30).
Oszczędność formy, która nie neguje bogactwa czy szlachetności materiałów, nie przekreśla poczucia, że obcujemy z czymś "więcej". Takie odczucia notuję często, przeglądając chociażby ofertę papierów do pakowania prezentów - w większości rolki zarzucone są grafikami albo kolorami, kakofonia wzorów, barw... Oczopląs, z którego trudno się otrząsnąć. I którego, niestety, trudno często uniknąć. Zdarzyło mi się, już bardziej świadomie podchodzącej do sztuki (tak, nie boję się użyć tego sformułowania) pakowania prezentów, kupić trzy różne rolki papieru pakownego w jednym sklepie - wszystkie z jednej "rodziny", stonowane kolorystycznie, więc żyłam w przeświadczeniu, że będą świetnie do siebie pasować. Kiedy jednak poukładałam gotowe pakunki obok siebie... Zalał mnie kolor czerwony, a oczy znów poczuły się zmęczone... Bardzo trudno jest zachować odpowiedni balans. Tym bardziej szanuję marki za konsekwencję, która zwyczajnie cieszy. I oczy, i ducha.






Faktura! Mogłabym pisać na jej cześć peany, wyrzucać z siebie jak zaklęta rymowane wersy pochwalne... W miejsce tego najczęściej jednak wzdycham. Cicho, z głębi siebie, zachwycona. Na przykład na widok szkła takiego jak poniższe...




Sztuka.
Niby zwykła rzecz, przedmiot codziennego użytku. Ale dobrze zaprojektowany będzie nie tylko użyteczny, ale i ozdobą naszego domu. A także elementem, który sprawi, że dzień stanie się lepszy. Bo kawa pita z ulubionego kubka zawsze smakuje lepiej, prawda?


Wszystkie zdjęcia pochodzą z banku zdjęć ferm LIVING, udostępnionego na oficjalnej stronie marki (TUTAJ) dla prasy i mediów.

25 listopada 2016

DIY: wielofunkcyjna ramka ze sklejki, czyli dlaczego nie warto wyrzucać głupkowatych prezentów

Mój mąż (wtedy jeszcze chłopak) podarował mi na osiemnaste urodziny (prócz innych prezentów, np. obrzucenia osiemnastoma balonami z wypisanymi na nich życzeniami)... prawo jazdy ze sklejki. Prezent z rodzaju tych "dowcipnych". Koncept przedmiotu zasadzał się na połączeniu ze sobą dwóch kawałków drewna i przyklejeniu wewnątrz przewrotnej historyjki szybkiego podrywu. W narrację wpleciono odpowiadające poszczególnym sytuacjom znaki drogowe (np. zwężenie ulicy symbolizowało rozchylanie niewieścich nóg), a całość zakończono mocną puentą i... prezerwatywą w prezencie. Ot, moje własne "prawko".

Książeczka była przeczytana(łamane przez)obejrzana dosłownie raz (liczbowo: 1). Tego samego dnia wylądowała na regale, na najwyższej półce, i przesiedziała tam... kilkanaście lat. Niedawno robiłam przegląd książek (po mniej więcej dekadzie warto sprawdzić, czy posiadane w księgozbiorze pozycje wciąż tak samo nas interesują, wciągają, pociągają... czy może dać im życie w rękach kogoś innego?) i natknęłam się na nią. Wyrzucić? - pierwotnie tak właśnie chciałam zrobić. Ale mąż był bardziej uważny i błyskotliwy. A może odklej środek, a deski wykorzystaj? - rzucił od razu. Że też sama na to nie wpadłam! Nie minęło pięć minut, a już cała rodzina była zaangażowana w zrywanie historii podrywu. (Dzieci miały największą frajdę - zwłaszcza najmłodsze!)


http://picasion.com/

 






Podobał mi się zarys drewna - kształt słojów, przechodzące się kolory. Wcześniej niewidoczne pod, choć przezroczystą, zadrukowaną naklejką. Mimo to wnętrze sklejkowej książeczki postanowiłam przemalować, by stało się jak najbardziej uniwersalne. Miałam jeszcze nienapoczętą puszkę farby kredowej Benjamin Moore w pięknym kolorze swallow's tale (mogliście podziwiać go na jednej ze ścian w naszym mieszkaniu - TUTAJ) i chciałam wypróbować masę. Ta niewielka powierzchnia wydała mi się idealna, do tego właściwości farby (możliwość pisania po niej kredą) fantastycznie wpisywały się w wielozadaniowość ramki, o czym za chwilę.




Brzegi poszczególnych "stron"/"kart" zabezpieczyłam washi tape i pomalowałam jedną warstwą farby. Wystarczyło, nie szalałam z kolejnymi.






Ramkę można również wykonać samemu: wystarczą dwa kawałki drewna (sklejki, deski) oraz zawiasy (plus śrubki i narzędzia). Do tego farba, jeśli zamierzacie - jak ja - swoją pomalować.


A teraz najważniejsze: do czego może posłużyć taka ramka?

tablica informacyjna

Tych w domu chyba nigdy dość... Postawiona w widocznym miejscu (np. na komodzie w przedpokoju), z kredą w zasięgu ręki, by w razie czego zanotować czy to ważne spotkanie, czy sprawunki. Zamiast wykreślania z listy - wąsata gąbka w ruch i jest miejsce na kolejne zadania do wykonania.








ramka na zdjęcia
(i wspomnienia + pomysł na prezent)

To doskonały sposób na wyeksponowanie zdjęć - wystarczy kawałek washi tape i gotowe. Kredą można dopisać datę, okazję, emocje albo... cokolwiek się zechce. Można też podarować sobie narrację i załączyć inną ozdobę. Albo pozostawić tylko zdjęcia.
To może być całkiem oryginalny pomysł na prezent dla np. dziadków - taka ramka ze zdjęciami wnucząt w środku będzie znakomitą "laurką"!









kreatywny laptop analogowy
To moja ulubiona realizacja. (Może dlatego zostawiłam ją na sam koniec - jako deser, a te lubię najbardziej.) Nie będę ukrywać - inspirowana TYM przedmiotem. Bardzo podoba mi się takie nietypowe podejście do gadżetów czy elektroniki, z którą trudno nam się rozstawać... Dzieci widzą nas podłączonych do komputera, telefonu, doszukują się w tym jakichś nieziemskich doświadczeń (mina Marion na widok mojego telefonu mówi sama za siebie), a tu proszę... Pobudzająca forma, ale przemycenie świata analogowego, o wiele bardziej kreatywnego. Co mnie urzekło: Mały John nie miał żadnego problemu z włączeniem się do zabawy - z miejsca zaczął udawać, że naprawdę gra w grę i steruje rakietą, a nasza nakręcana i szalona metalowa mysz to... myszka komputerowa!









Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka