31 sierpnia 2016

zapowiedź: strażackie przyjęcie urodzinowe

Dzisiaj pewien młody człowiek kończy cztery lata! Nie wiem, kiedy to zleciało... Był malutki jak teraz jego siostra, a obecnie? Mój mały-dorosły facet: z własnym zdaniem, które należy brać pod uwagę.
Temat przewodni przyjęcia urodzinowego? Strażacy. Ok, podniosłam tę rękawicę! Obecnie pracuję nad dodatkami (część wypożyczam, część przygotowuję sama - czego nie zabraknie w wersji DIY niebawem), w piątek będę piec i kleić tort w kształcie wozu strażackiego... Jeszcze muszę kupić żelki na koguta i ciastka-opony - nie wiem, kto mu będzie miał więcej frajdy... Ja czy on... ;)


Wszystkiego najlepszego, Synku!


22 sierpnia 2016

tamborek + tkanina szyta na miarę, czyli o pomysłach w niciach zaklętych (+ KONKURS)

Pod koniec wpisu znajduje się 
informacja o konkursie
 - nie przegapcie! ;) 


TUTAJ pisałam o możliwościach, jakie daje tamborek. Obiecywałam, że jeszcze przyjdzie czas na moje kolejne projekty - oto nadszedł!

Dzisiejszy post nie wyczerpuje tematu, oj nie! Wciąż w mojej szafie leży kilka drewnianych obręczy, które romansowały już ze zwiewnymi tkaninami i czekają teraz na ożenek i połączenie słowami "dopóki ...coś*... was nie rozłączy". (*wściekłe zwierzę albo szalone dziecko, upadek z wysoka, niewierność kleju czy inne lokalne kataklizmy) Dzisiejsze prace łączy natomiast jedno: tkanina na zamówienie

Uśmiecham się w duchu - dobrze żyć w czasach, które dają szerokie pole do popisu. Współcześnie nie trzeba pozostawiać w sferze marzeń, jeśli chodzi o wzory na tkaninie. Jeśli nie znajdzie się niczego ciekawego wśród bogatej oferty sklepów z tekstyliami (zwłaszcza internetowych), można zaprojektować własny wzór i cieszyć się niepowtarzalnym, wymarzonym materiałem. Dla przykładu, moje "koniki Tato-Męża" są już w drodze - niebawem nad główką Marion zawiśnie najbardziej "intymny" i "sentymentalny" mobil na świecie!

Wróćmy jednak do tamborków...

Przyjmijmy, że mamy jeden (albo więcej, jak kto woli). Mamy nawet możliwość zamówienia materiału. No właśnie: jaki wzór można sobie wymyślić, jak co połączyć, co zrobić, by powstało coś wyjątkowego, niepowtarzalnego?

Mam dla Was kilka pomysłów:

#1: inicjał imienia

Prosta sprawa, banalna wręcz, pomyślisz. Inicjał. Jedna litera, a jakże znacząca! To może być początek imienia bliskiej Ci osoby, pierwsza litera wyrazu, który coś dla Ciebie znaczy (np. M jak Mama, W jak Wnętrze, K jak Kosmos, L jak Lizak*). W zasadzie nie potrzebuje tła w postaci materiału na specjalne zamówienie (bo, na dobrą sprawę, każdy by pasował), ale dzięki niemu jeszcze bardziej zyskuje na wyjątkowości.

_____________
* W naszym przypadku "L jak Lizak" pełniłoby dodatkową funkcję - anegdotki, sympatycznej rodzinnej opowiastki. Dlaczego? Mały John wyjaśnił nam ostatnio: Możecie na mnie mówić "brat", "lizak" i "Johnek". Bo lubię lizaki.







#2: mapa

Materiał: wydruk miejsca, najlepiej mapa. Twój wkład twórczy: zaznaczenie ulubionego budynku, kawiarni, swojego miejsca zamieszkania... Miejsca pierwszej randki, pierwszego pocałunku... Trasa podróży, najlepszych wakacji życia... Albo innych wydarzeń wartych upamiętnienia. Niech to będzie pretekst do podróży w czasie i przestrzeni - wzruszającej i fundującej tylko dobre łzy. (A jaki byłby to piękny prezent walentynkowy albo rocznicowy!)


© Sarah (yinsteadofi na etsy.com), zdjęcie ze sklepu etsy.com (źródło)


#3: grafika dla bliskich (dziecka/dziadka/babci/etc.)

Swojemu malcowi możesz zawiesić w pokoju własnoręcznie wyrysowaną postać, którą ozdobisz jakimś hasłem albo przyozdobisz w inny sposób (mojego misia można było ubrać w filcowy kapelusz albo jakiś materiałowy kubraczek z guziczkiem pod szyją, na przykład). Ja zdecydowałam się na przedruk z grafiki, którą dzieliłam się z Wami w maju (TUTAJ):



Więcej: dziecko samo może zaprojektować sobie zwierzę (albo i nie-zwierzę), które ozdobi ścianę w jego pokoju! Twoją inicjatywą będzie wówczas dodanie czegoś od siebie - przyszycie czy wyszycie słów, akcesoriów, jakiegoś tła? A może to latorośl podsunie Ci jakiś pomysł? Pobudzajcie swoją kreatywność, wysilajcie szare komórki! Tak stworzony "obrazek" może być też najpiękniejszym prezentem z okazji Dnia Babci czy Dziadka. Albo z okazji Dnia Mamy (Tatusiowie! Spróbujecie szyć i pomóc dziecku wykonać coś takiego? Byłoby świetnie! :)).


© Merrilee Liddiard, blog Mer Mag (źródło)

#4: fotografia inaczej

Uwielbiam przeglądać zdjęcia ślubne moich rodziców. Młodziutkich (Ledwie skończyli dwadzieścia lat!), delikatnych... Mama dziewczęco zakochana, tata z lekkim uśmiechem, szczuplutki - jak chłopiec. Niektóre fotografie to typowe przedstawienia Młodej Pary, natomiast szczególnie zapamiętałam jedno: na twarz taty artystycznie naniesiona twarz mamy (albo odwrotnie). Jedno wpatrzone w drugie. Magia.
Kiedy oglądam swoje zdjęcia ślubne... Żałuję, że pospieszyliśmy się z decyzją i nie zrobiliśmy przeglądu portfolii fotografów. Wybraliśmy opcję "rozsądną", czyli pakiet: DJ+kamerzysta+fotograf+samochód. Dzisiaj byłabym mniej praktyczna i postawiłabym przede wszystkim na artyzm - efekt, który byłby wpisany w moją estetykę. Ale cóż... Nie pora płakać nad rozlanym mlekiem.
I tak zatrzymuję się nad swoim zdjęciem ślubnym i z rozrzewnieniem wspominam tamten wrześniowy dzień. To pamiątka na zawsze.

Pomysł ze zdjęcia poniżej to chyba jedna z piękniejszych "przeróbek", o jakie można się pokusić. Coś podobnego widziałam kilka lat temu na wystawie "Urban legends" studentów Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach: Aleksandra Ignasiak ozdabiała stare fotografie brokatowym klejem; przystrajała postaci w otulające je ornamenty albo "kolorowała" na błyszczący różowy czyjś ślubny welon (prace artystki możesz zobaczyć TUTAJ). To "dopieszczanie", "przerabianie" czarno-białych zdjęć poruszyło we mnie jakąś nutę. Trochę jak z książkowymi ilustracjami rysikiem, które moja siostra wypełniała zdecydowanymi ruchami kredką - bo najwyraźniej były "zbyt nudne" albo "za mało kolorowe".
Mam więc taką fantazję: stworzyć na jednej ze ścian w mieszkaniu tamborkową "ślubną galerię" - przedrukowane z oryginalnych fotografii ślubne portrety moich dziadków, rodziców, wreszcie mój własny (w czerni i bieli) z pewnymi wyszytymi akcentami: czy to bukietem kordonkowych kwiatów, czy naszyjnikiem z udawanych, bo koralikowych pereł. (To kolejny pomysł na prezent rocznicowy. Bardzo intymny i sentymentalny.)


©Ramiro Elena (www.ramiroelena.com), zdjęcie ze strony Duduá (źródło)


#5: logo firmy

Reklama dźwignią handlu, logo firmy etykietką. Jeśli chcemy być zapamiętani, nie powinniśmy zapomnieć o odpowiedniej oprawie, "wisience na torcie", którą jest wizualna strona marki. Doskonały przykład na zastosowanie w tej materii duetu tamborek + materiał szyty na miarę można było znaleźć na SILESIA BAZAAR Kids vol.2 (moja relacja TUTAJ): marka Dziuki, specjalizująca się w przepięknych ubrankach dla dzieci z własnymi haftami, postanowiła ze swojego znaku rozpoznawczego, atutu uczynić... znak rozpoznawczy, atut właśnie! Ich logo-etykietka to wyraz totalnej symbiozy produktu finalnego z ideą marki:





Uwaga, konkurs!

Razem z drukarnią tkanin KUKA chcielibyśmy, byście pokazali nam swoje pomysły na wykorzystanie tkaniny; niekoniecznie z tamborkiem. Co można zrobić z materiałem? W co może się zmienić w Waszych rękach? Puśćcie wodze fantazji, pozwólcie sobie czarować palcami! Igły, nici, maszyna do szycia, klej albo nawet zwykłe spinki - pokażcie, jak wiele możliwości kryje w sobie "zwykły" materiał!

Nagroda? Metr bieżący tkaniny (nansuk, satyna, perkal, chino lub ryps) ze wzorem dostępnym na ku-ka.pl albo zaprojektowanym przez Ciebie - zwycięzca dokonuje wyboru.

Konkurs odbywa się na Instagramie (TUTAJ) - a zadanie konkursowe jest stosunkowo proste: opublikuj na IG zdjęcie swojego pomysłu na wykorzystanie tkaniny i  oznacz je hasztagami: #ku_ka #tkaninydrukowane #printingfabrics oraz konkursowym: #hoohoookuka.

Bawimy się dwa tygodnie - do 4 września włącznie. Ogłoszenie wyników nastąpi nie później niż tydzień po zakończeniu zabawy!

15 sierpnia 2016

Home staging, czyli nic tylko się wprowadzać!

Anna Blacklund i Hannah Heyman zostały poproszone o wystylizowanie mieszkania na sprzedaż. To się nazywa prawdziwy home staging! Zdjęcia sprawiające, że chcesz się wprowadzić tam natychmiast!


© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Zwróćcie uwagę na chmurkę wiszącą na ścianie nad czytającą - wspominałam o niej (chmurce, nie czytającej :P) w poprzednim poście, zastanawiając się nad metodą wyrobu. Ciekawi? Metoda tkania (Tak jest! Tkania!) chmur, gór, ptaków czy "eskimoskich narciarzy" (jak nazwałam postaci od Anny) budzi prawdziwy szacunek. Kilka zdjęć z poszczególnych etapów "produkcji" możecie znaleźć TUTAJ.

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Drewno mebli i zieleń kwiatów - ten duet chyba nigdy mi się nie znudzi! Plus jasne, niemalże żółte siedziska (dwa fotelo-krzesła oraz pufa) połączone z turkusową kanapą. Do tego szarości w różnych odcieniach oraz biel jako tło, doskonałe spoiwo.

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Chciałabym mieć taki kącik biurowy! O jego wspaniałym charakterze decyduje nie biurko (jak można by sądzić, z początku), ale dodatki: kolorowy papier w starej skrzynce, ogromne szpule nici gotowe do użycia (albo służące jako stojak na przybory do pisania), grafiki i rysunki: czy to przyklejone do ściany z pomocą washi tape (jak sugerowałam TUTAJ), czy nonszalancko oparte o ścianę.

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Kuchnia! Pominę pastelowo-cytrynowy Kitchen Aid stojący na blacie; spójrzcie na te kolorowe puszki! Marzy mi się coś takiego: pułki na ścianie zapełnione barwnymi opakowaniami skrywającymi nie mniej interesujące łakocie czy np. przyprawy z różnych stron świata. Jakąś aromatyczną kawę, laski wanilii, mieszankę herbat, mąkę kasztanową, kaszę jaglaną czy inne... Do tego ta tapeta!

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Szkolne krzesła sprawdzą się nie tylko w kąciku biurowym dziecka. Kuchnia to dla nich równie dobre miejsce. Jeszcze tylko kolorowy dywanik, porcelana House of Rym oraz białe meble - nikt nie powie, że tu jest nudno!

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

© Anna Blacklund i Hannah Heyman (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Idealna "ścianka"! (Choć oryginalnie szafka, mała spiżarka.) Świece jednocześnie schowane i wyeksponowane, tuż obok nich cebula... Byle nie w woreczku, siateczce gdzieś blisko podłogi - ale właśnie w naczyniu, pod ręką, a i bardziej estetycznie.


Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga Anny Backlund: annabacklund.blogspot.com i zostały udostępnione za zgodą autorki.


10 sierpnia 2016

Jak mieszka Anna Backlund?

Po nitce do kłębka - tymi słowami można czasem opisać moją drogę od jednego zdjęcia do drugiego, pierwszej inspiracji do kolejnej.
Kilka dni temu, gdy za oknem wzmagający się wiatr zwiastował nadchodzącą burzę, przeglądałam "Fine Little Day book" i notowałam pomysły. Ponieważ przymierzam się do remontu łazienki (chciałabym szybko, tanio i efektownie, więc przymiarki potrwają zapewne dość długo ;)), moją uwagę przyciągnęło jedno ze zdjęć domu Anny Backlund. Zjadający czas pająk nie musiał długo czekać - dość szybko wpadłam w jego sieć, przeczesując blog projektantki. Uchwyconego w książce zdjęcia łazienki nie znalazłam, ale to, na co się natknęłam, zauroczyło mnie na tyle, że postanowiłam poświęcić temu osobny post. Właśnie go czytasz, zaraz również obejrzysz.

Ona: projektantka. Znasz ją zapewne ze współpracy z marką House of Rym (oficjalną stronę Anny odwiedzisz TUTAJ). To tego rodzaju człowiek, do którego czuję bliskość mimo chłodnego ekranu monitora i dzielących nas kilometrów. Dziwnie tak, zapewne, ale czasem wystarczy kilka mrugnięć, kilka nerwowych ruchów palcem po rollu na myszce, żebym zechciała umościć się w kanapie danej osoby, poprosić o kawę i zamienić się w słuch. Wiecie, udać się w gości i zwyczajnie czuć dobrze (co ja plotę - wyśmienicie!) w kreatywnej przestrzeni. Sami zobaczcie:


skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)


skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)


Półka na miniaturki - myślę o takiej w kontekście pokoju dzieci. Te wszystkie małe figurki, zbiory z Jajek Niespodzianek i tym podobne... Drewniane pamiątki z podróży po Polsce albo domowe rękodzieło z modeliny czy kasztanów... To dobry sposób na wyeksponowanie tych drobnych przedmiotów.

Zdjęcie powyższe i poniższe - kuchenne migawki - zachwyca mnie wprowadzenie akcentu kolorystycznego i konsekwencja: malowane koniki na parapecie, filiżanki, drobny sprzęt AGD... Ta czerwień nieco przełamana pomarańczem wygląda orzeźwiająco - nadaje wnętrzu charakter, ale nie "krzyczy", nie jest męcząca. Przykład tego, jak można grać jasnym, uniwersalnym tłem (ściana, meble) i wyrazistymi dodatkami.


skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

Och, krople na ścianie, tuż przy oknie! Od Elisabeth Dunker, czyli koleżanki Anny i założycielki Fine Little Day. Nie dziwi mnie wcale, że kobiety ze sobą współpracują - to dwie bratnie dusze!
Chcę skopiować ten pomysł i wykorzystać u siebie w mieszkaniu! (Krople już w nim są, ale w zgoła odmiennych lokalizacjach... Czemu nie pomyślałam o bliskości okna - "dzikiego", w słotę pachnącego deszczem powietrza?)


skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

źródło: annabacklund.blogspot.com


skan z magazynu Family living nr 3/2012 (źródło: annabacklund.blogspot.com)

źródło: annabacklund.blogspot.com

Zwróćcie uwagę na krzesło - po raz kolejny nie wiem, jaka jest tajemnica malunku na nim, ale lubię myśleć, że to dzieło któregoś z dzieciaków - jego artystyczny wkład w wystrój wnętrza. Tym samym wszelkie rysunki pociech (czy to manga zainteresowanego obcą kulturą nastolatka, czy jakieś niewprawne kreski ledwo trzymającego kredkę oseska) urastają do rangi czegoś ważnego, poważnego, praktycznego i estetycznego zarazem. Różnie patrzy się na mazanie dzieci "po ścianach" (tu mam na myśli wszelkie powierzchnie, które uznajemy za tabu - niedostępne dla najmłodszych, zakazane). Taki rozlany przypadkiem sok faktycznie wygląda niechlujnie, ale niektóre z "naściennych" rysunków mogą służyć za ozdobę... Wystarczy nieco zmienić punkt widzenia, trochę "odpuścić", pozwolić sobie na chochlikowy uśmiech rozbawienia, który każe machnąć na domniemaną "winę" ręką. Czy tak nie byłoby sympatyczniej?



Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga Anny Backlund (TUTAJ) i zostały udostępnione za zgodą projektantki.

5 sierpnia 2016

z placu budowy w kosmos w poszukiwaniu kosztowności na obcych planetach, czyli pucholina w natarciu

Rok temu (na początku naszej przygody z tą masą), zdziwieni nieco specyficzną konsystencją pucholiny (przypominającą piasek kinetyczny - mój szczegółowy opis znajdziecie TUTAJ), porzuciliśmy marzenia o skomplikowanych formach, zarzuciliśmy precyzyjne plany budowli, misternych konstrukcji. Wykorzystaliśmy masę inaczej.


#1 - plac budowy

Robienie dziur w masie to chyba najlepsza zabawa! Połączona z obserwacją, jak poszczególne ściany budynków czy konstrukcji rozsypują się... Tu wgłębienie, tam drążona studnia... Dalej, żwawo, mamy ręce pełne roboty!





#2 - zakopywanie skarbu

...dziury są, można wypełniać je kosztownościami!


#3 - zdobywanie obcej planety

...skoro odnaleziony skarb jest iście nieziemskiej urody, musi pochodzić z kosmosu! Ze słomki i papieru samoprzylepnego robimy flagę głoszącą imię odkrywcy tego niezwykłego kawałka wszechświata i wbijamy w strukturę planety. Jej kolor i topografia wskazują zresztą na pozaziemskie pochodzenie...





...a potem - jako właściciele planety - pracujemy nad kolejnymi kraterami, a co!




Rok później, nieco już wprawieni w boju, potrafimy zrobić z pucholiny parking, średniowieczne zabudowania rynku (odnalezione w trakcie wykopalisk archeologicznych), zwierzęta afrykańskie, a nawet... progi zwalniające dla licznych samochodów Małego Johna (przy czym nasze "hopki" mają skłonności do rozrastania się i tworzenia niebezpiecznych pagórków czy gór nawet - w których grzęzną później opony poszczególnych aut i konieczna jest interwencja straży pożarnej - bo kogóż innego? ;) #takasytuacja).


w zabawie wykorzystaliśmy:
 - pucholinę marki Bubber
 - drewniane narzędzia Janod
 - pudełka z Juliusem (ROOM Copenhagen)
 - plastikowe kryształki kupione w sklepie rodzaju "wszystko za grosze"
 - słomki do napojów (Ikea)
 - papier samoprzylepny (do chorągiewki)

3 sierpnia 2016

antywstrząsowa poduszka dla niemowlęcia, czyli sen na motylku (instrukcja DIY + wykrój do pobrania)

W imię Google'a, praw autorskich i targów designu wszelkiej maści... W ostatniej spowiedzi byłam...? Daty nie pamiętam, ale za swoje grzechy bardzo, baaardzo żałuję... - słowami tymi winien zacząć ten niniejszy wpis (więc się nimi zaczyna). Od spowiedzi i bicia się w pierś. O co poszło? Co przeskrobałam?

Ano włóczy się babsko po targach designu, rękodzieło ogląda, bezczelnie i bez krępacji obmacuje, z każdej strony prześwietla, a potem wraca do domu i... kopiuje.

Och, oczywiście zastosowałam tu pewną hiperbolę, a opisany powyżej zabieg należy raczej do procederów rzadkich niż takich na wielką skalę, niemniej kiedy mowa o poduszce-motylku dla córki... Biję się w piersi i przyznaję do winy.
Już byłam na stoisku, już obmacywałam poduchy z każdej strony (Ooo! To jest ładne. Oooo, to też! Oooo, ale nie, tutaj minky z tyłu - nie chcę!), już umawiałam się ze sprzedającymi (Da się bez minky? To świetnie! Bo ja bym sobie zamówiła z tym wzrokiem, tył to szare futerko, a środek to chyba mniej wypchany...), a gdy wróciłam do domu i przypadkiem (to przypadek tego rodzaju, kiedy podejrzewasz, że wcale nim nie jest) zerknęłam w kierunku zalegających w domu tkanin... Postanowiłam uszyć poduchę sama. Zła Marta, oj, bardzo niegrzeczna Marta!



Zabrałam się za to jak to ja: metodą "na chłopski rozum". (Nie wiem, doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego ani razu nie przyszło mi jeszcze do głowy poszukać tutoriali albo wykrojów i na ich podstawie coś stworzyć. Zadufanie w sobie? Wiara we własne możliwości, swój geniusz? Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że wszystko próbuję zrobić sama od podstaw?) 
W notatniku naszkicowałam wstępny rysunek poduchy, dodałam krągłości tam, gdzie były one lepiej widziane i zabrałam się za robienie wykroju (bez żadnych narzędzi - zwyczajnie rysując sobie po kartce). Powstało coś takiego:


Potem na kartce A4 narysowałam jedno ze skrzydeł - stworzyłam w ten sposób szybki wykrój poduchy. (Linia przerywana obrazuje miejsce, którego nie można zeszyć w trakcie łączenia dwóch kawałków tkaniny - to właśnie tędy wypełnienie będzie dostawało się do środka.)


Do szycia wykorzystałam swoje dwa kominy, które bezceremonialnie rozprułam. Jeden był wykonany z tkaniny z moim wzorem (artcream), drugi miał z jednej strony przyjemne futerko, które chciałam spożytkować. (Myślałam z początku o maskotce-lamie, ale materiału wystarczy i na nią. ;))




Wycięłam skrawki materiału, pamiętając, by dwa były lewo-, a dwa prawostronne. Do tego pojedyncze prostokątne paski z obu materiałów (środek poduszki). 
Oba skrzydła zszyłam po lewej stronie (pamiętając o linii przerywanej na wykroju, czyli nieprzeznaczonej do zszycia) - na początku grubszą, bardziej wyraźną nicią.




Dlaczego? To tak zwana fastryga - do tej pory termin ten "obijał" mi się o uszy (niemal dosłownie), ale nigdy jakoś szczególnie nie poświęcałam mu uwagi. Kojarzyłam go głównie z jakimś wyjątkowym rodzajem ściegu, ale nie wnikałam po co i na co. Do czasu. Kiedy po latach w moje ręce wpadła książka "Nastolatki szyją", zabrałam się za lekturę i łowiłam co ciekawsze kąski. Fastryga to takie wstępne zszycie materiału, które zapobiega jego późniejszemu przemieszczaniu się. Gdy więc z tak zszytym skrzydłem zasiadłam do maszyny, wystarczyło tylko prowadzić igłę wzdłuż fastrygi, a po skończonej pracy niebieską nić wypruć. Oba skrzydła przełożyłam na prawą stronę, szybko przeprasowałam, wypełniłam kulką silikonową (do nabycia w Internecie albo w pasmanteriach czy sklepach z tekstyliami). Na lewej stronie zszyłam z sobą dwa prostokątne kawałki materiału (na dłuższych bokach). Niezszyte końce włożyłam w oba skrzydła - po jednej i po drugiej stronie, poprawiłam i zszyłam razem. Całość zajęła mi jedno popołudnie.

Uwagi: Nie dawałam wypełnienia do środkowej części poduszki, ponieważ Marion jest już dość duża, więc byłoby jej niewygodnie. Całe sedno poduszki polega bowiem na tym, by głowa dziecka umieszczona między skrzydłami nie "kolebała się", a spokojnie leżała. W przypadku mniejszych dzieci, można do wewnętrznej części włożyć jakieś wypełnienie, ale trzeba wciąż pamiętać, że to ma być najbardziej płaska z powierzchni poduszki. 

Efekt końcowy:





 



Chcesz uszyć taką poduszkę? 
Skorzystaj z mojego wykroju do pobrania tutaj:

http://www.pdf-archive.com/2016/08/03/poduszka-antywstrz-sowa-motylek-wykr-j-hoo-hooo-things/

Wykrój jest prawo- i lewostronny, co oznacza, że z jego pomocą wytniesz materiał na oba skrzydła poduszki - odpowiednio obracając wykrój albo na jedną, albo na drugą stronę. Celowo nie załączyłam części łączącej oba skrzydła - prostokątnej. Wiele bowiem zależy od Twoich własnych preferencji: wolisz pasek szerszy czy węższy? Dłuższy czy krótszy? Wybierz taki, który najbardziej będzie Ci odpowiadał. Wycięcie prostokąta (nie musi być diablo równy - nierówności ukryje szycie) nie jest przecież wcale trudne.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka