28 czerwca 2016

skrzydlate kucyki Tato-Męża, czyli jak zrobić idealny mobil nad łóżeczko małej dziewczynki

W niedzielę wieczorem wręczyłam mężowi starą teczkę (pożółkłą, z dopiskiem Spółdzielnia Inwalidów "ŚWIT" Prabuty i ceną: 47 złotych) i poprosiłam: Zeskanujesz mi to w pracy?
Mąż zlustrował wzrokiem teczkę, na której widniał jego koślawy, dziecięcy podpis oraz zdobiące ją różowe koniki.
Mąż [nie kryjąc zaskoczenia; podejrzliwie]: Ale po co ci TO?
Ja: Chcę zrobić mobil dla Marion.
Mąż: Ale to są MOJE rysunki...
Ja: Wiem, dlatego będą idealne. Pomyśl tylko - to nie będzie zwykły mobil dla dziewczynki, ale skrzydlate koniki narysowane kiedyś przez jej tatę!
Mąż: Ale ja byłem wtedy dzieckiem... A one odrysowane są i tylko gdzieś tam pokolorowane...
Ja: Wiem, ale są piękne. Najpiękniejsze.

W ten oto sposób zdobyłam materiał na najpiękniejsze koniki ever. Postronni mogliby się przyczepić zapewne do kilku aspektów, internetowe trolle poczułyby, jak ślinka cieknie im z ich wydłużonych, zielonkawych jęzorów pokrytych jadem, a odłam moich rodaków czujących się prawdziwymi Polakami byłby dumny z szerzenia jednej z naszych (ponoć) cech narodowych (czyt. narzekania), ale uwagi wszystkich mam w sześciu literach: GDZIEŚ.
To NAJPIĘKNIEJSZE koniki we wszechświecie z jednego, bardzo ważnego powodu: zostały narysowane przez mojego męża, kiedy ten był dzieckiem. Są więc dla mnie IDEALNE, podobnie jak idealne są dla mnie rysunki mojego synka. Proste.




Cały pomysł na mobil jest bardzo prosty. Do tamborka tudzież okrągłej ramki przyczepię wstążki, na których będą zawieszone skrzydlate koniki. Jak to zrobić? Ich wzór - zeskanowany przez męża - wystarczy wirtualnie przenieść na materiał (np. TUTAJ lub TUTAJ), który następnie zostanie wydrukowany według moich wytycznych (muszę pamiętać o powieleniu każdego konika i obróceniu go w poziomie - powinien mieć bowiem i przód, i tył). Potem tylko oczekiwanie na listonosza, przygotowanie odpowiednich wykrojów skrzydełek, wycięcie koników, zszycie ich i wypełnienie... Ach, będzie uroczo!




24 czerwca 2016

Czego Ci życzyć, moje Kochanie?

Pod koniec wakacji mój synek (tfu! winnam rzec raczej: syn! wszak dorasta mi dziecin...TFU! DZIECKO moje dorosłe, coraz dojrzalsze!*) będzie kończył cztery lata. Cztery lata! Choć nadal przyłapuję się na tym, że patrzę na niego jak na moją małą kruszynkę, moje maleństwo, z każdym dniem rośnie mi chłopina, mężnieje. Dłonie już nie te, co kiedyś: dawniej delikatne i mięciutkie, podobne do rączek Lady Marion; dzisiaj męskie w wydaniu mini - zahartowane kopaniem w piaskownicy, stukaniem o siebie metalu (resoraki), walką wręcz z tatą. Klatka piersiowa - kiedyś taka drobna, dziecięca - przybrała nieco ciała, a wraz z nim - mięśni. "Ubity taki", podsumował kiedyś budowę ciała Małego Johna jego tata (i nie miał bynajmniej na myśli, że nasze dziecko całe w siniakach-trofeach/pamiątkach z zabawy).

_________
* Mały John zwykł mnie poprawiać w takich chwilach: Maaaaamo! Nie chłopiec, ale chłopak! Także ten-no... dobrze sobie matkę wychował. Sama się poprawia... ;)


Jeszcze nie zaczęłam myśleć o przyjęciu urodzinowym; za wiele się dzieje, bym mogła spokojnie snuć plany rodzaju: A co zrobimy za dwa miesiące... Ostatnio czas tak szybko biegnie, że próbuję rozliczyć się z tego, co powinno być na JUŻ, na TERAZ. (A to odległe KIEDYŚ i tak zapewne stanie się Jutrem całkiem niedługo...)
Przypadkiem jednak (choć może nie całkiem, jak to zwykle bywa z inspirującymi przypadkami) natrafiłam ostatnio na zdjęcie tortu, który mnie zachwycił. Który sprawił, że poczułam, jak wypełniająca mnie miłość rozlewa się na stół, rozsypuje jak te kolorowe cukierki-posypka.


zdjęcie: Merrilee Liddiard, blog Mer Mag (źródło)

Merrilee Liddiard, autorka Mer Mag i książki z kreatywnymi pomysłami na zabawy z dzieckiem ("Playful"), stworzyła go z okazji dziesiątych urodzin swojego syna. Niby nic, powiecie, niby normalka, przecież takie chorągiewki wbite w powierzchnie wszelkiego typu dawno już obiegły sieć  i to w sumie takie nihil novi sub sole. A tu nie!
Na każdej z dziesięciu chorągiewek znajduje się cecha, która sprawia, że chłopiec jest dla bliskich wyjątkowy. Sam tort Merrilee nazwała zresztą: A ’10 Things I Love About You’ Birthday Cake. Co za wspaniały, inspirujący i wzruszający pomysł!

Mój synek nie potrafi jeszcze czytać, więc w jego przypadku zadziałałaby zapewne kolory, cukierkowy efekt "WOW" i potem frajda z wymachiwania chorągiewkami, ale zastanawiam się, czy nie powbijać w ciacho naszych życzeń dla niego. I tak co roku - ze staraniem, by życzenia były różne i płynęły prosto z serca... Tak jak jego słowa, które wypowiada do nas przed położeniem się spać: zamiast oklepanych "Dobranoc!" czy "Słodkich snów!" słyszymy od niego: "Dużo prezentów! Wiele choinek! Buziaków!"

I chować te urodzinowo-tortowe chorągiewki do pudełka z pamiątkami, może jakiejś starej puszki, czegokolwiek... A po latach wyciągnie je sobie i - umiejąc już czytać - będzie przeżywał minione urodziny na nowo...


Zdjęcie wykorzystane w poście udostępniłam za zgodą autorki, Merrilee Liddiard.
Link bezpośredni znajdziecie w podpisie ("źródło").


PS. A jeśli nie takie ciacho, może takie?


zdjęcie: Merrilee Liddiard, blog Mer Mag (źródło)


Zapraszam Was do Mer Mag - ostatnio siedzę tam bez przerwy!

21 czerwca 2016

Silesia Bazaar vol.4 (targi mody niezależnej i dizajnu)

Jadąc na targi, z jednej strony bałam się, że większość stoisk będzie poświęcona dorosłemu odbiorcy (impreza ma przecież edycję dedykowaną dzieciom, ta więc - jak sądziłam - będzie odbijała w drugą stronę), z drugiej miałam nadzieję pobyć w towarzystwie designu nie tylko dla najmłodszych. Chciałam zobaczyć coś nowego... I nie zawiodłam się. Po pierwsze, były i rzeczy dla maluchów, i dla dorosłych, dzięki czemu drzemiące we mnie persony Kobieta i Matka były usatysfakcjonowane. Po drugie, poznałam świetnych ludzi, którzy z pasją opowiadali o swoich rękodzielniczych biznesach. A ich produkty... Ich produkty! Jasne, można by marudzić, że stoisk było mało, że właściwie "nic ciekawego" (- takie komentarze pojawiały się na facebookowej stronie wydarzenia), ale to nie do końca tak... Jak zawsze, były perełki.

Nie o wszystkich napiszę; do gryfnie, spider and wolf, moma czy pokokardemen jedynie Was zaproszę.



Na pewno odkryciem numer jeden były spersonalizowane paski do aparatów fotograficznych by Strapophilia - po prostu mistrzostwo świata! Nie dość, że można wybrać z różnych dostępnych wzorów (oraz dwóch szerokości), można albo poprosić o indywidualny projekt, albo wykonać go samemu! Wniosek? Twój pasek do aparatu będzie jedyny i niepowtarzalny, odda Twoją osobowość albo zareklamuje Twoją własną firmę (nie Nikona, Canona czy inne rodzone matki ;)). Ja już wcielam w życie własny pomysł...






Najwięcej czasu spędziłam chyba na stoisku pracowni krawieckiej MammaMia. Przeglądałam urocze letnie kompleciki dla dziewczynek (tuniczka z falbanką plus bloomersy), obmacywałam poduszki-"motylki" (zwane też antywstrząsowymi), otwierałam i zamykałam tasiemki do smoczków... Ale największą atencją obdarzyłam maskotki Shushu: zabawne, urocze, miękkie, oryginalne, szeleszczące, piszczące (po naciśnięciu na jedną z łapek), z tasiemkami dla uwielbiających ssanie niemowląt, z gryzakiem... Czego tam nie ma! Chyba tylko szczęśliwego dzieciaka do kompletu! ;D





Trzecia perełka to sweet & love, które zauroczyło mnie niemalże wszystkim; najbardziej tunikami dla dziewczynek, plecaczkami z pomponem, poduchą-misiem czy tatuażami, które udało mi się dostać dla Małego Johna (Młody uwielbia ostatnio się tatuować; zwłaszcza przyglądać niemalże alchemicznemu procesowi moczenia kawałka papieru przyklejonego do ręki). Zagadałyśmy się z właścicielką marki (nie z Nią jedną zresztą) - po prostu słodko i z miłością... ;)







Mogłabym w tym miejscu napisać zwiastujące spokój "to tyle", ale... nie napiszę. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała kilku ujęć tzw. "w międzyczasie", "tymczasem" lub z cyklu "a na stoisku obok...". Było sympatycznie i niech ten epitet przymknie usta maruderom. (Bo zawsze może być więcej, lepiej, ciekawiej, cokolwiek z końcówką -EJ. No właśnie... Może nieprzypadkowo przyrostek ten brzmi jak narzekanie? :P)










16 czerwca 2016

Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach

Przy okazji Silesia Bazaar vol.4 (fotorelacja już wkrótce), mogłam wreszcie przespacerować się po dachu Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Katowicach.

Ktoś stwierdził kiedyś, że projekt nie przetrwa próby czasu, że to "wydziwianie" niesłużące ludziom, nieprzydatne. Że takie "łażenie po dachu" to wybujała fantazja architektów, mocno odrealniona, pomysł zwyczajnie "od czapy". Broniłam wtedy tej przestrzeni, opowiadając, jak to zawsze widzę ludzi wspinających się po czarnych jak węgiel schodach. Zainteresowanie, jak by nie było, jest. Dopiero niedawno jednak miałam możliwość na własnej skórze sprawdzić, jak wygląda osławiony projekt.

Zaskoczyła mnie intymność miejsca. Jesteśmy w centrum miasta, ale otaczająca cię zieleń wycisza, sprawia, że czujesz się trochę jak w górach (choć oczywiście nie masz złudzeń, że to wyłącznie skojarzenie - grafitowa obudowa trawiastych powierzchni nie pozwala na całkowite odrealnienie). Krzywizny, zakręty, załamania... pocięta nimi droga niejako wije się, a ty możesz się schować przed zgiełkiem, przysiąść na ławce i odpocząć. Cisza i relaks... Na górze (nie na samej, na "punkt widokowy" nie wchodziłam) poczułam się spokojnie i bezpiecznie. Miałam ochotę usiąść, przymknąć oczy i... po prostu być. Albo wziąć ze sobą Małego Johna i urządzić sobie mały piknik albo pobawić się - tak niezobowiązująco, trochę inaczej niż zwykle. 

Natura ujarzmiona przez człowieka, sztucznie osadzona na silnie industrialnym szkielecie, całościowo wypada jednak zaskakująco dobrze. Bardzo naturalnie. Zwłaszcza gdy zakwitła koniczyna...








Wiem, wiem, wychodzę na fetyszystkę własnych odbić w szybie... Ale nie mogłam się powstrzymać - te lampy dawały świetny efekt!



Spieszę donieść, że 7 czerwca Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach otrzymało Nagrodę Architektoniczną POLITYKI! Grand Prix za rok 2015 otrzymała pracownia JEMS Architekci za projekt katowickiego MCK.



12 czerwca 2016

niedzielny kadr*

*na wstępie tłumaczę się, oj, tłumaczę: tak, wiem - niedzielny kadr to specjalność Burego Kota, jednak trudno inaczej nazwać dzisiejszy, bardzo krótki w gruncie rzeczy, jak na mnie dość "szybki", post. Bo to po prostu... kadr z dzisiejszego dnia, niedzielny. 

Skorzystałam z dzisiejszej aury, pięknej pogody i... zostałam w domu, podczas gdy Mąż zabrał dzieci na spacer. Mogłam na spokojnie przejrzeć swoje materiały (uprzednio wyciągając je z przeróżnych pudeł, czeluści szafy), dobrać dodatki i wreszcie namacalnie zobaczyć projekty z tamborkiem w roli głównej, które do tej pory miałam w głowie. Kilka kupionych wczoraj podczas Silesia Bazaar ceramicznych guzików, tkaniny wydrukowane według mojego projektu (w tym miś, którego możecie pobrać TUTAJ), tasiemki, sznurki... Wzięłam się za siebie, a raczej za moje rękodzielnicze pomysły, które leżały odłogiem... Na blogu ciszej więc, nieco mniej intensywnie, oznacza to jednak, że została wzmożona aktywność w sferze realnej.



Tworzę.

BTW...
Gapcio ma już nowe ubranko. Jeszcze tylko pasek i pierwszy pacjent kliniki dla pluszaków dostanie wypis!

2 czerwca 2016

klinika dla zabawek, odcinek pierwszy: otwarcie

Co prawda nie mam magicznego stetoskopu jak Dośka z serialu animowanego "Klinika dla pluszaków" (który pozwala ożywić zabawki i sprawić, by nie tylko bawiły się z Tobą szaleńczo, ale i szczerze odpowiadały na pytanie: "Co cię boli?"), ale mam miękkie serducho i tańczące szare komórki, a te w połączeniu z pokiereszowaną czy niedopieszczoną zabawką zwiastują metamorfozę (-y).

Gapcio i słoniczka Ela trafili do mnie (chyba nieprzypadkowo) w Dzień Dziecka. Oboje upolowani w second-handzie, przeszli niejedno. Jest w nich taki potencjał, że nie pozwoliłam im długo oczekiwać na operację "przemiana". Oto bohaterowie najbliższych odcinków "Kliniki dla zabawek, że hoo hooo":


krasnoludek Gapcio

Kupiony za całe 5 złotych (sic!), mierzy ok. 30 centymetrów i jest wykonany częściowo z plastiku (korpus i nogi), częściowo z tworzywa sztucznego w dotyku przypominającego utwardzoną gumę (głowa, ręce, buty). 

Diagnoza: brudasiec plamiasty i ohydontoza garderobiana

Leczenie: Trzeba biedaka umyć, pozbyć się zapachu "starego spoconego dziada" (jak określiła to moja mama ;)) i koniecznie uszyć nowe ubranko. Obecne nie odpowiada mi zarówno pod względem użytych materiałów, jak i wizualnie. 








słoniczka Ela

Długo wędrowała po świecie, nim do mnie trafiła. Nie wiemy, co działo się z nią przed wylądowaniem w koszu z zabawkami w lumpeksie; potem pomieszkiwała na strychu u mojej chrzestnej, która po czasie podarowała ją mojej mamie ("może ty ją przerobisz"), a ta... mnie. Jest w kiepskim stanie: wszystkie części ciała miała już opatrywane i przyszywane, jednak nieskutecznie. Klapnięte ucho, luźne nogi (wiszące na jednej nitce), za lekko doszyte ręce. Wygląda skromnie i nieśmiało, jakby wstydziła się samej siebie...
Jest taka urocza... Przypomina mi troszkę urokliwe szmaciane lalki tildy, którymi zachwycałam się jako licealistka, jej głowa skojarzyła mi się z maskotkami marki Maileg. To właśnie ten kierunek myślowy nasunął mi pomysł, by zrezygnować ze wzorzystej tkaniny i uczynić uszy (oraz ubranko) bardziej uniwersalnymi. Ach, i to filcowe serduszko!
Nie martw się słoniczko, uratujemy Cię!

(Imię słoniczka zawdzięcza po części serialowi animowanemu, który swego czasu oglądał Mały John - nie ma co prawda czerwonego kapelusza, ale imię do niej pasuje ;), po części Lady Marion, która miała mieć na imię Elżbieta, ale w końcu zmieniliśmy zdanie. ;))

Diagnoza: zdekompatybilność kończynowa z klapniętozą uszną oraz luźnosukienistość spadkowa

Leczenie: Operacyjne usunięcie wszystkich kończyn, zabliznowanie ubytków, ponowne doszycie kończyn (bardziej porządne), wymiana ucha środkowego. Wizyta u stylistki, która pomoże dobrać nową garderobę.




 













Ciąg dalszy nastąpi...

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka