29 maja 2016

moja inspiracja: Fine Little Day blog

Kiedyś sądziłam, że tamborek służy jedynie jako pomoc w wyszywaniu; i pewnie tak kiedyś było. Na szczęście ludziom pomysłów nie brakuje, dział kreatywności w mózgach pracuje na pełen etat, dzięki czemu dzisiaj możemy cieszyć się różnorodnym wykorzystaniem wielu przedmiotów.

Tamborek jako ramka, a z wyszytym w środku obrazkiem - jako małe dzieło sztuki gotowe do ekspozycji... Cudowny pomysł! (Polecam przejrzeć galerię inspiracji na końcu posta.)

Tamborek kupiłam przy okazji wizyty w pasmanterii, wahałam się jednak co do wzoru, który wyszyć. Typografia/motto? Obrazek? I to, i to?
Z pomocą przyszła poniższa inspiracja, trochę nieoczywista, ale krętymi ścieżkami przechadza się kreatywność...

Moja inspiracja? Blog Fine Little Day, a konkretnie ta fotografia:


źródło: Fine Little Day blog

To jest to! Królik! - wykrzyknęłam w myślach, zachwycona króliczym wzorem powyżej. Z początku to właśnie on miał znaleźć się na wyszywanym przeze mnie kawałku bawełnianej surówki. 

(Tak na marginesie...)

Myślałam, myślałam, przenosiłam wzór na kartkę, tworzyłam swoje wersje... Moje króliki powoli przestawały przypominać te z chorągiewek ze zdjęcia. Kiedy upatrzyłam sobie jednego - może kojarzącego się mojej głowie z dziełami Beatrix Potter - wybrałam go na przedstawiciela zajęczego gatunku. 







Potem dorobiłam wypukły ogonek... By wyjść nieco poza schemat, poza ramy. Z tego powodu pojawiła się też kokardka (z tkaniny by miszkomaszko - przewiązali nią jedną z etykietek przy ubranku, które kupowałam - czasem nie warto wyrzucać takich maleństw ;)).



Uznałam, że sam królik i kokardka to nieco pustawy obrazek... Wyszyłam więc maleńką łączkę złocących się w słońcu kwiatków. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonana... Zostawić tak czy może doszyć jeszcze koraliki? Poratujcie, nie potrafię się zdecydować!





To pierwszy z projektów z tamborkiem w roli głównej. W kolejce stoją następne!

Ciekawe realizacje z tamborkiem jako ramką znajdziecie w mojej galerii:



27 maja 2016

siła detali

Niby nic, zwykłe uchwyty. Gałki istniejące po to, by przepastna szafa odkryła przed nami swoje wnętrze. Rzeczy praktyczne, nad którymi się nie zastanawiasz. A może jednak...?

Od kiedy coraz bardziej realna staje się wizja zajmowania pokoju wspólnie przez Małego Johna i Lady Marion, rozważam różne ustawienia mebli, zmiany stylistyczne, nawet malowanie. Zerkam mimochodem na te cztery kąty i patrzę, co można by poddać metamorfozie. Ostatnio nieufnie spoglądam w kierunku szafy (tej, którą Karolina tak pięknie przerobiła u siebie - TUTAJ) - zastanawiam się nad kolorem... Może jasna żółć albo wręcz odwrotnie - tajemnice indygo? Pomysły staczają w mojej głowie bitwy w kisielu, a ja tymczasem... wymieniłam gałki. Niby nic, a radocha z efektu jest. 

18 złotych (3x6 PLN), 5 minut pracy (wykręcenie starych, wkręcenie nowych) i gotowe. Najszybsza metamorfoza z możliwych.






Jakie one fajne są - te mniejsze... Matowe, cudne w dotyku... Miękkie jak silikon... Chce się je dotykać (tak, wiem, to trochę dziwne ;D). O przyjemności z kontaktu z ceramiką wspominać nie muszę... ;)

Spodobało mi się połączenie kolorystyczne - barwy małych gałek odnalazłam w większej... ;) Razem pasują do siebie idealnie, nieprawdaż?







25 maja 2016

wpadki mieszkaniowo-remontowe, czyli wszystko, co chciałbyś wiedzieć, ale boisz się zapytać

Ten post mógłby mieć jeszcze dłuższą nazwę, opatrzoną koniecznym podtytułem: wpadki mieszkaniowo-remontowe, czyli wszystko, co chciałbyś wiedzieć, ale boisz się zapytać, czyli jak rozmawiać z aktualnymi właścicielami mieszkania - sprzedającymi - i fachowcami, którzy będą je potem remontować.

Bo niby wszystko jest wiadome: że zadajesz pytania, że drążysz, że pilnujesz, że masz prawo wymagać. Ale w praktyce często wychodzi inaczej, najczęściej niekoniecznie tak, jak byśmy chcieli. (Chyba że mamy już doświadczenie w tej materii albo odwagę wykłócania się o swoje. My z mężem nie grzeszyliśmy ani jednym, ani drugim - nasz błąd. Ty go nie popełniaj!)

Dzisiejszy post jest może trochę dla mnie niewygodny (kto lubi się chwalić tym, co chciałby najbardziej ukryć), ale uznałam, że dobrze powiedzieć na głos (Napisać? ;)) to, co rzucane jest pod nosem razem z siarczystym syknięciem. Może dzięki moim poradom czy uwagom ktoś uniknie podobnych wpadek - trzymam za to kciuki!


PSEUDO OSZCZĘDNOŚCI

Nie mam zamiaru pisać w tym miejscu o tym, jak do nowego mieszkania kupuje się coś tańszego wyłącznie po to, by było na "już", chociaż nie spełnia naszych oczekiwań (czy estetycznych, czy funkcjonalnych, czy jakichkolwiek innych). To osobny temat. (A warto poczekać - w naszym pokoju dziennym długo wisiała "industrialna" i "minimalistyczna" lampa - naga żarówka :P, nim znaleźliśmy w końcu taką, która łączyłaby potrzeby moje i męża. Nie kupuj na siłę, w pośpiechu - to złota zasada.)
Chciałam ostrzec przed rozwiązaniami, które teoretycznie mają nam zapewnić oszczędności, ale w praktyce okazują się strzałem w kolano. Przykład z naszego mieszkania? Srebrzyste maty za kaloryferem. Wyglądają koszmarnie, ale podobno sprawiają, że ciepło sprawniej rozchodzi się w pomieszczeniu (odbijają je, przez co nie "wnika" w ścianę [?]) - tego argumentu użył mój małżonek, wyjaśniając, dlaczego mają zostać. Marszczyłam nos, syczałam pod nosem "Nie podoba mi się, a fe!", ale... nic nie zrobiłam. Mój błąd, mój bardzo wielki błąd. Uciszyłam wewnętrznego krytyka stwierdzeniem, że skoro ktoś coś takiego zastosował, to widocznie oszczędności jakieś są, widocznie tak się opłaca, widocznie było to po coś. A guzik! Kilka miesięcy po remoncie - z odmalowanymi ścianami w każdym pokoju, z rozstawionymi meblami - poprzedni właściciele mieszkania (znajomi moich teściów, więc zdarzało im się spotykać od czasu do czasu), zupełnie przypadkiem napomknęli, że w małym pokoju (wcześniej naszej sypialni, teraz pokoju Małego Johna) w ogóle nie musieli włączać kaloryfera, bo rury idące po ścianie dostarczały ciepło w sezonie. Wniosek? Ta obrzydliwa, brzydka mata, która obecnie szpeci mi cały pokój synka, jest zupełnie, totalnie NIEPOTRZEBNA! Ale nikt wcześniej nie spytał - ani o rury, ani o faktyczne oszczędności, ani o rachunki za grzanie w zimie. Nikt się tym nie zainteresował, a priori przyjmując, że skoro mata jest - mata być musi. NIE MUSI! Dlatego jeśli coś budzi Twoje jakiekolwiek wątpliwości estetyczne, a tłumaczone jest jakimiś tam rozwiązaniami praktycznymi - bądź dociekliwy, dopytuj, domagaj się dowodów ewentualnych oszczędności czy zasadności takiego rozwiązania! Ja przez swoje machnięcie ręką cierpię teraz katusze, bo zdarcie maty zza kaloryfera wiązałoby się z malowaniem ściany - nasi robotnicy nie pomyśleli bowiem o tym, by przestrzeń za matą również zamalować. Ot tak - bo jak mata jest, mata być musi! Proste, prawda?





PSEUDO PLAN

Temat łazienki to materiał na osobny post. Marzy mi się jej metamorfoza, bo to jedyne pomieszczenie, którego całkowicie nie ruszaliśmy w trakcie remontu (jedyne z wymienioną instalacją, więc nie musieliśmy przeprowadzać prac koniecznych, a chcieliśmy uniknąć kucia i dodatkowych kosztów). Jedyne, które po pięciu latach mieszkania, z każdym dniem denerwuje coraz bardziej.
Nie będę więc wywlekać wszystkich problemów remontowych związanych z łazienką (a jest ich trochę), skupię się na jednym: planie oświetlenia, a raczej pseudo planie. 
Ktoś miał pomysł. Ktoś miał wizję. Zapewne opowiedział o niej z błyskiem w oczach, a druga strona na tę wizję przystała. No i jest. Urokliwy, styropianowy szkielet...





Jak wspomniałam, nie ruszaliśmy łazienki dla oszczędności (Hahaha! - wybucham nerwowym śmiechem), ale mogliśmy coś zrobić z oświetleniem chociażby. Po raz kolejny - bez zadawania pytań, bez dowiadywania się - założyliśmy a priori, że skoro naszym oczom zaprezentował się styropian, poprzedni właściciele albo nie mieli środków, by projekt dokończyć, albo czasu, albo... (tu można wymieniać inne ewentualności) Nie interesowały nas cudze wyjaśnienia, bo sami je tworzyliśmy!
Dopiero przy wizycie kominiarza (który co roku sprawdza instalację) zapytałam o możliwość zagipsowania powierzchni (kominiarz podważał styropian, by dostać się z miernikiem do rur).  Dowiedziałam się, że nie możemy zrobić czegoś takiego, bo dostęp musi być. (Co ciekawe w następnym roku inny kominiarz stwierdził, że nie widzi przeciwwskazań, byleby tylko było jakieś okienko czy coś podobnego, by mógł przeprowadzać pomiar.) A więc prawdopodobnie to był powód przerwania prac i pozostawienia szkieletu takim, jaki był! Szkoda tylko, że mający wizję (czy to poprzedni właściciele, czy fachowcy) nie dowiedzieli się wcześniej o możliwości zagospodarowania okolic rur. Chcieli, by wyszło estetycznie, a wyszło... jak widać.
Jeśli więc zauważysz w oglądanym mieszkaniu na sprzedaż coś, co nie zostało dokończone, co zostało przerwane - zapytaj, dlaczego. Może okaże się, że czyjś pomysł był niewypałem i należy to poprawić. A może to właśnie czas lub budżet nie pozwolił na domknięcie tematu? Uzyskując odpowiedź, będziesz wiedzieć, na czym stoisz i co wymaga dodatkowej pracy.


PSEUDO REMONT

Po raz drugi lądujemy w łazience. Kupując mieszkanie, kupiliśmy i obudowaną płytkami wannę. Niby fajnie, nigdy wykonana przez fachowca praca. Ale - co dobitnie ukazują odcinki programu Usterka - fachowiec fachowcowi nie równy. Po kilku latach spokojnego użytkowania łazienki i pralki (której odpływ znajdował się w otworze w kafelkach zabudowujących wannę), okazało się, że zalaliśmy sąsiadów. Wiadomo: urodził się Mały John, a liczba czynionych prań gwałtownie wzrosła, co za tym idzie również ilość wypompowywanej wody. Podjęliśmy stosowne kroki, temat został załagodzony, ale... nie zniknął. Po kilku dniach znów problem. Podrapaliśmy się więc z małżonkiem po głowie, obstukaliśmy obudowę wanny i - znalazłszy odpowiedni kafelek - zrobiliśmy otwór...
Dalszy ciąg opisu nadaje się na scenariusz programu albo serialu z pogranicza sitcomu i horroru. Po pierwsze: smród. Nasza łazienka wypełniła się wonią ścieków. Po drugie: brud. Na podłogę wylała się brązowa woda. 
Co się okazało? Obudowując wannę kafelkami, nie zadano sobie trudu połączenia odpływu wanny czy pralki z odpływem w podłodze. Wszelka woda - czy z naszego wieczornego mycia się, czy z prania - lała się więc w przestrzeń między wanną a zabudową, stała tam (jeśli było jej więcej) i powoli ściekała przez otwór w podłodze. Zwiększenie ilości prania spowodowało zastój, a zastana woda wsiąkała w podłogę, czyli sufit naszych sąsiadów. Proste.

Musieliśmy skuć obudowę i osuszyć całą podłogę pod wanną (która przypominała nieco szambo - rozmokła i śmierdząca). Nie posiadaliśmy wystarczającej ilości kafelek, by naprawić konstrukcję, więc musieliśmy kupić nową wannę: z własną zabudową. I tu pojawił się problem: wszystkie wanny (poza żeliwnymi, ale nasz budżet nie brał ich pod uwagę) były niższe od poziomu płytek na ścianie (zaoszczędzono, kafelkując tylko tę przestrzeń, która była widoczna). Na szczęście w komórce znaleźliśmy kilka sztuk, które pozwoliły uzupełnić braki. Fachowcy nie zdążyli jednak uzupełnić luk w podłodze i teraz... 




Rada dla Ciebie: pytaj o szczegóły obecnego właściciela mieszkania. Jeśli jest zabudowana wanna, zapytaj jak jest zabudowana, co zrobiono, czy zostały jakieś kafelki, gdyby było trzeba w przyszłości coś poprawić. Każda informacja jest na wagę złota - a ta z kafelkami okazała się dla nas bardzo cenna! Zaoszczędziła nam skuwania całej łazienki - mogliśmy po prostu uzupełnić braki tym, co zostało z wcześniejszego remontu.


ZŁY CZAS NA REMONT

Nie chodzi wcale o to, by przekonywać Cię, że z remontem trzeba poczekać, bo najczęściej lepiej wykonać go od razu (jak już zacznie się mieszkać, większe prace remontowe wydają się być zbyt angażujące, urastają do niebotycznych rozmiarów). Zdarza się jednak, że kilka tygodni robi wielką różnicę. Nasz przykład?

Wymyśliliśmy sobie z mężem szafkę w kuchni. Na wymiar, więc budowaną od podstaw przez stolarza. I tak się akurat złożyło, że w tym czasie trwały wybory. Co ma piernik do wiatraka? - zapytacie. Otóż wszystkie (dosłownie: WSZYSTKIE) białe płyty pilśniowe były wyprzedane w marketach - wiadomo, plakaty wyborcze na czymś zawisnąć muszą. Co to znaczyło dla nas? Albo wydłużenie montażu szafki (której części stały w naszym mieszkaniu, więc średnio), albo rezygnacja z białych płyt. Ponieważ nasze szafki podchodziły pod ogólnie pojęty beż czy brąz (wzór trawa morska), nie mieliśmy problemów z ciemnym tyłem. Wnętrze szafki wypadło więc tak:




Jak wspomniałam, nam to nie przeszkadza, nie jest też jakoś szczególnie widoczne, ale gdyby zależało nam na bieli... Ups! Problem!
Uważaj więc z czasem czy dostępnością produktów - może się okazać, że jest popyt na rzecz, którą koniecznie potrzebujesz. Staraj się z wyprzedzeniem zaplanować prace i zawczasu sprawdź asortyment.  
 

"NIE DA SIĘ, PSZE PANI"

- moje "ulubione".
Pozostając w temacie szafki kuchennej na wymiar... Miała zająć przestrzeń pod oknem, więc wymyśliłam sobie, by blat zastąpił i parapet - czyli ściągamy stary, a blat odpowiednio docinamy, by wszystko pasowało. I tu pojawiły się pierwsze schody.
 - Nieeeee... Lepiej nie... To za dużo pracy... Bo tu by trzeba wyciąć, powierzchnia robocza się pani zmniejszy... Nieeee, za dużo kombinowania... - Usłyszałam odpowiedź stolarza. 
Nie podobał mu się również pomysł blatu z drewna.
 - Drewno? A kto robi drewniane blaty? Żaden z moich klientów nigdy sobie takiego nie zażyczył... Poza tym droższe to, a po co przepłacać?

Drugie schody. Wymyśliłam sobie, że skoro w rogu ma stanąć ekspres (który uprzednio stał w tym samym miejscu, ale na małym stoliku), przydałaby się dziura z tyłu blatu, by kabel dochodził do gniazdka niepostrzeżenie (między ścianą a szafką była zresztą pusta przestrzeń - idealna na jego ukrycie). Remontując świeżo kupione mieszkanie, nie planowaliśmy bowiem gniazdek na wysokości szafek akurat w tym miejscu - było jedno, tuż nad podłogą, i to do niego wpinaliśmy kawoparz. Reakcja stolarza? 
 - Nieeee... Ale po co... Dziurę pani sobie będzie robiła... Eeee, dodatkowe wiercenie... A przecież można puścić kabel bokiem, źle nie wygląda... Nie, nie ma sensu...
Tak więc kabel puściliśmy bokiem. A ekspres stoi po skosie, bo inaczej kabel nie dosięga. Tja... Że niby źle nie wygląda?





Trzecie schody, również powiązane z wycinaniem dziury (te chyba nie cieszą się popularnością stolarza, który wykonywał nasze zlecenie). Ponieważ szafki organizują całą przestrzeń pod oknem, (od lodówki, po ścianę naprzeciwko) przykrywają również gniazdko, do którego jest podłączona nasza chłodziarko-zamrażalka. Mój pomysł? Wyciąć w jednej z tylnych ścian otwór na wysokości kontaktu, by w razie potrzeby móc lodówkę odłączyć. Spodziewacie się reakcji stolarza?
 - Nieeee, ale po co... Przecież szafkę zawsze można wysunąć... Bo co, będzie pani wszystkie rzeczy z szafki wyciągała, rękę przez dziurę wkładała? Nieeee, nie ma sensu... 
Dziury więc nie mam i - cholera jasna! - zastanawiam się, jak ja tę wtyczkę wyciągnę, gdy zajdzie konieczność, skoro gniazdko jest mniej więcej w połowie szerokości szafki? Chyba będę musiała ją wysunąć całą, wedle zaleceń specjalisty, ale wtedy i tak będę musiała ją przecież opróżnić, nieprawdaż? I to nie jedną półkę (jak byłoby w przypadku mojej "zmyślonej" dziury), ale wszystkie!




Też mi wygoda czy lepsze rozwiązanie, nie ma co!

Rada dla Ciebie: jeśli masz pomysł (JAKIKOLWIEK by on nie był) na zagospodarowanie przestrzeni czy projekt np. mebla, nie daj zbić się z tropu. Jeśli fachowiec uważa Twoją propozycję za bzdurną czy niemożliwą do wykonania, niech to udowodni - rozsądnie, z logiczną argumentacją, a nie wyświechtanym i nic nie wnoszącym "Się nie da!". To Twoje mieszkanie, Twoje meble, Twoja wygoda (bądź nie) użytkowania. Ma być estetycznie i praktycznie, ma być po Twojemu! Racja, nie zawsze jesteśmy specjalistami od wszystkiego, nie zawsze znamy się na pracach budowlanych, ale całkowite ufanie fachowcom i podporządkowywanie ich przekonaniom własnych planów... tak nie można, po prostu. Finalnie oni będą zadowoleni, bo pracy mniej (albo łatwiejsza), ale czy my sami będziemy? A jeśli Twój fachowca dalej upiera się przy swoim, zmień go! Nie ma sensu tracić nerwów i pieniędzy na projekt, który nie będzie Cię w pełni satysfakcjonował.

Ja zwyczajnie nie miałam jaj, byłam zbyt grzeczna i pozwoliłam zdusić wewnętrzne krzyki Marty-logicznej. Efekt? Jestem niezadowolona i modlę się o to, by lodówka działała sprawnie jak najdłużej - bym nie musiała demontować szafki, którą tak skrupulatnie dla mnie złożono (I jak pilnowano, by była - Psia mać! - w jednym kawałku, niepodziurawiona!).


FACHOWCOM UFAJ, ALE GOOGLE MIEJ W POGOTOWIU

 - to parafraza powiedzenia, które znalazłam w jednej z książek Agathy Christie ("Bogu ufaj, ale strzelbę miej w pogotowiu"). O co chodzi? O sprawdzanie, kontrolowanie i upewnianie się co do sensowności wykonywanych przez fachowców działań. Jeśli bowiem nie masz konkretnej wizji, może zdarzyć się, że fachowiec pospieszy z pomocą i podsunie Ci sprawdzone rozwiązanie. Nie namawiam w tym miejscu do całkowitej nieufności czy siania atmosfery zupełnej negacji. Przed ostatecznym podjęciem decyzji warto jednak pomysł dokładnie przemyśleć - zwłaszcza jeśli dotyczy czegoś, co później trudno będzie zmienić czy poprawić. Nasz przykład?

Nie byliśmy zdecydowani, co zrobić ze ścianami w kuchni. Czy kafelki, czy farba (jeśli tak - jaka? Wówczas nie mówiło się za wiele o farbach odpornych na plamy i szorowanie - tych typowo kuchennych.)? Nasz fachowiec polecił nam wtedy tynk mozaikowy (takie maleńkie kamyczki). Że fajnie wygląda, że szybko się kładzie, że wydajny, więc zaoszczędzimy (np. w porównaniu z kafelkami), że można szorować i szorować, a tynk nic. Nie byliśmy pewni, pokazał nam więc ścianę pokrytą tynkiem - we własnym mieszkaniu, w przedpokoju. I stwierdziliśmy, że faktycznie nieźle. Że może być. Że zgoda.

Po kilku latach użytkowania - szczególnie z nowym członkiem rodziny, czyli Małym Johnem, który swoje pierwsze lekcje samodzielnego jedzenia pobierał w kuchni właśnie - z całą stanowczością muszę stwierdzić, że tynk mozaikowy w tym pomieszczeniu to totalna porażka.





Nieestetycznie, niechlujnie, po prostu BRZYDKO. I nie ważne, czym i kiedy zmywałabym powierzchnię ściany. Czy po fakcie, czy na świeżo, czy zwykłą wodą, czy płynem do mycia naczyń lub nawet detergentem - brud nie znikał. Więcej, odnosiłam wrażenie, że wcierałam go głębiej! I na nic zapewnienia fachowca, że ten tynk myje się super łatwo i "nic mu się nie dzieje". W przedpokoju może i faktycznie zdaje egzamin, ale kuchnia to zupełnie co innego.

Nie wiem, może macie swoje patenty na zmywanie akurat takiej powierzchni - ja się poddaję... Myślałam o pomalowaniu ścian jakąś farbą, ale obawiam się, że problem stanowi faktura.

Kiedy więc fachowiec zaproponuje Ci jakieś rozwiązanie (które nie do końca Cię przekonuje, ale nie masz wiedzy na ten temat), szukaj o nim informacji. Wśród krewnych i znajomych własnych i królika, w Internecie. Zdobądź informacje z kilku źródeł, bo dopiero wtedy będziesz mieć względnie obiektywny obraz sytuacji. Nie o to chodzi, by być skrajnie nieufnym czy nie dopuszczać do siebie cudzych sugestii, ale może pomoże to uniknąć rozczarowania w przyszłości.




Podsumowując...

Kiedy oglądasz mieszkanie z zamiarem zakupu:

  • dowiedz się od właścicieli, jakie prace zostały wykonane (wymienione okna, wymiana instalacji, gładzie, panele, kafelki) i - w miarę możliwości - JAK (patrz przykład z wanną - wiedza o tym, jak wygląda sytuacja wewnątrz pomogłaby nam uniknąć zalania sąsiadów)
  • jeśli obecni właściciele kładli gdzieś płytki, zapytaj, czy nie mają zapasu (jeśli taki był) - mogą przydać się w razie konieczności naprawy, np. ubytku
  • jeśli zauważyłeś, że coś nie zostało dokończone (zabudowa czegoś, instalacja, cokolwiek), zapytaj o powód - może się okazać, że problemem nie był budżet, ale np. niezgoda spółdzielni na wykonanie takich a nie innych prac
  • jeśli właściciele zostawiają w mieszkaniu sprzęt typu lodówka, pralka, zmywarka itp., dopytaj o gwarancję (w przypadku sprzedaży mieszkania, powinni zostawić Ci wszystkie dokumenty, z gwarancją włącznie) - może się przydać, gdy sprzęt zacznie się psuć 
  • jeśli zdecydujesz się na zakup: obecni właściciele powinni zostawić Ci pełną dokumentację dotyczącą wszystkich przeprowadzonych przez nich napraw itd., a także uwag od fachowców np. ze spółdzielni (przykładowo świstek od gazownika dotyczący jakości instalacji, papierek od kominiarza i tak dalej) - dzięki temu będziesz wiedzieć, co było sprawdzane i jakie były uwagi co do sprawności poszczególnych elementów
  • jeśli w mieszkaniu jest piecyk typu Junkers czy inne sprzęty wymagające serwisowania co jakiś czas, dopytaj o to (kiedy był ostatni serwis, co ile lat należy przeprowadzać przegląd, ewentualnie ile to kosztuje)
  • nie bój się pytać, drążyć, zadawać "głupie pytania" - nikt nie ma prawa Cię osądzać czy uważać za "czepialskiego" - tylko darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby - ty mieszkanie KUPUJESZ, wydajesz więc (często niemałe) pieniądze i zwyczajnie MASZ PRAWO dowiedzieć się o produkcie jak najwięcej. Niech Cię nie interesuje, co pomyśli o Tobie pośrednik czy obecny właściciel mieszkania - to najczęściej obcy ludzie, których prawdopodobnie już nigdy więcej nie spotkasz, więc w czym problem?
  • obmacuj, testuj, sprawdzaj, zaglądaj do każdego kąta - Ja wiem, utarło się, że nietaktem jest poddawanie w wątpliwość stanu zastanego, szukanie "dziury w całym", ale skoro w sklepie zdarza nam się obejrzeć przedmiot z każdej strony, wybierając ten produkt, który jest mniej wygięty, bardziej czysty lub pełny (np. butelki z żelem pod prysznic, haha) - jednym słowem: lepszy od innych rzekomo takich samych - masz prawo to samo zrobić z mieszkaniem. My np. w ogóle tego nie zrobiliśmy (zdaliśmy się na ogólny ogląd, wedle którego wszystko było ok), przez co okazało się potem, że np. drzwi do małego pokoju nie da się zamknąć, bo albo podłoga jest po skosie, albo drzwi krzywo zamontowano (musieliśmy je potem docinać, by ich obecność miała sens). Odkryliśmy także dziurę w podłodze w kuchni... Jednym słowem: niespodzianki w trakcie urządzania się (I nerwy!), których mogliśmy uniknąć.

Kiedy zatrudniasz fachowca:
  • nie pozwól, by jego wizja przyćmiła Twoją - to Twoje mieszkanie, więc porad czy sugestii możesz wysłuchać, ale wcale nie musisz ich przyjmować (chyba że mają logiczne uzasadnienie - czasem rzeczywiście nie da się czegoś zrobić [albo da, ale zaburzy to funkcjonalność], ale to fachowiec ma nas o tym przekonać, nie odwrotnie. Chcesz dziurę w szafce, by dostać się do kontaktu? Fachowiec musi Ci ją wykonać - w końcu to Ty płacisz! Nasz klient, nasz pan!
  • dopytaj o szczegóły prac: czas, etapy, transport, koszt; nie wszystko jest oczywiste i czasem to, co sobie założysz, nie musi pokrywać się z rzeczywistością. (Dla przykładu: wynajęty przez nas stolarz - ten od zabudowy kącika pod oknem w kuchni - zajmował się naszą szafką po godzinach swojej pracy, czyli między 18:00 a 21:00, u nas w domu [sic!], bo swojego warsztatu nie posiadał. Nie posiadał także samochodu, więc wszystkie materiały musieliśmy odbierać sami - z magazynu, który zamykano o godzinie 15:00, wobec czego mąż musiał za każdym razem zwalniać się z pracy na godzinkę czy dwie, by odebrać przycięte płyty. Przycięte - tak. Przewiercone - nie. Wiercenie odbywało się u nas w domu, wieczorem, kiedy marzyliśmy o odpoczynku lub położeniu dziecka spać [i potem odpoczynku ;)]. Także ZAWSZE dowiedz się wcześniej, jak wyglądają szczegółowo warunki współpracy. Wspólne ustalenia warto zapisać i potwierdzić podpisami, by każda ze stron wiedziała, na czym stoi.)
  • Fachowcom ufaj, ale Google miej w pogotowiu.
  • Jeśli nie odpowiada Ci praca fachowca (lub on sam - bo np. notorycznie pali papierosy w Twoim mieszkaniu czy pije napoje procentowe) - zmień go. Prace może się przeciągną, ale strata tego czasu to nic w porównaniu z prowizorką, która zostanie na dłużej (Bo kto po remoncie myśli od razu o kolejnym - dotyczącym tego samego tematu?)...

Uff... Post długi, ale chciałam zawrzeć w nim wszystkie swoje przemyślenia odnośnie tego, co mogliśmy zrobić, by zaoszczędzić sobie kłopotu czy nerwów. Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam!

Pamiętaj: miej jaja. Ty płacisz - Ty wymagasz!
 

19 maja 2016

magazyn ogólnego przeznaczenia, czyli Iwona Chmielewska w skali mikro i makro (wystawa w katowickim Rondzie Sztuki w ramach cyklu Mistrzowie Ilustracji)

Osóbka niewysoka, o wzroście wysokiego Hobbita. Cichutka, skromna. Kryjąca delikatny uśmiech w kącikach ust, odziana w sukienkę à la Mała Mi, rozchichotana wewnętrznie - drzemiące w Niej Dziecko (to, które sprawia, że inaczej patrzy się na świat - nieskrępowanie, bez nudnych "dorosłych" szufladkowań, odważnie) cieszy się, a ta radość wzlatywała ku nam jak motyl.

Iwona Chmielewska - osóbka niewielka, ale jak Wielka! (Jeśli z jakiegoś powodu nie wiesz, kim Ona jest, leć szybko nadrobić luki w edukacji książkowej i artystycznej - informacji szukaj chociażby w Internetach!)

Miałam zaszczyt poznać Ją w sobotę 9 maja podczas wernisażu wystawy Jej prac w ramach cyklu Mistrzowie Ilustracji (wystawa w ramach cyklu organizowana jest corocznie przy okazji konkursu, konferencji i wystawy Książka Dobrze Zaprojektowana - zacznijmy od dzieci).


Głos oddany najważniejszej postaci - Autorce. Po lewej kurator wystawy - Wojciech Luchowski.

Kto nie był na wystawie, a chciałby ją zobaczyć na własne oczy - niech nie czyta mojego wpisu, niech nie psuje sobie niespodzianki, a twórcom wystawy efektu. Bo efekt jest. A obserwowanie nas - zwiedzających czy odwiedzających - było chyba niemałą gratką dla twórców wystawy i samej Iwony Chmielewskiej...


MAGAZYN
ogólnego przeznaczenia
Iwona Chmielewska


   Gdy przybyłam do Ronda Sztuki, przespacerowałam się przez księgarnię Zła Buka (starając się nie zwracać uwagi na szepczące do mnie książki), uchyliłam drzwi galerii i... zastygłam w konsternacji. Bałam się, że jestem spóźniona, że słyszane przeze mnie stłumione głosy i oklaski zwiastują otwarcie wernisażu. Tymczasem zaglądałam do pustego pokoiku, który od właściwego pomieszczenia wydzielała taśma budowlana - wyraźny sygnał "Przejścia brak". Nieco zbita z tropu, niedopuszczająca do siebie przesłanek z zastanego "tu i teraz", stanęłam na palcach (próbując wykonać ćwierć jaskółki) i wychyliłam się lekko za taśmę. A tam? Nic. Pusto, nie licząc setek kartonów, palet... Hej, tu miała być wystawa! Jeszcze niegotowa? A może mają tu remont, a wystawa jest na pierwszym piętrze? O co chodzi? - pytałam samą siebie, drapałam się po głowie i szybkim marszem skierowałam kroki w stronę schodów.

   Na piętrze poznałam rozwiązanie zagadki głosów i oklasków - wciąż trwało ogłaszanie nagrodzonych w konkursie Książka Dobrze Zaprojektowana - zacznijmy od dzieci. Zatoczyłam więc po sali koło, obejrzałam plansze z ilustracjami, a nawet gotowe projekty książkowe. Uśmiechałam się, czasem wzdychałam, nerwowo też spoglądałam na zegarek. Gdy w kierunku wyjścia ruszyła pewna para: wysoki jegomość oraz niższa od niego postać kobieca (mówiąca coś o czasie), ruszyłam za nimi. A może...? - przeszło mi przez myśl, wywołując lekki rumieniec. Tak, miałam rację. To była Iwona Chmielewska.

   Zła Buka kurczyła się. Tj. nie ona sama, raczej przestrzeń między nami - ludźmi. Atmosfera gęstniała, podobnie jak człowiecza masa. Wówczas (kiedy przybyli do księgarni próbowali spacyfikować nerwowe bicie serca dialogami słanymi szeptem) zabrzmiał głos z mikrofonu. Kurator przywitał nas, przywitał i Autorkę. O wystawie mówił tajemniczo, z wykorzystaniem kilku słów-kluczy (mikro, makro, wnętrze, zewnętrze i inne, równie enigmatyczne określenia), z lekkim uśmiechem brojącego chłopca tłumaczył, że gdyby powiedział więcej, zdradziłby wszystko.
   Iwona Chmielewska opowiedziała z kolei o tym, co jej bliskie. O ukochanych konwaliach, których nie zabrakło (Łącznie z pierniczkami!), o tym, jaką siłę ma wyobraźnia. To wystawa o sile dwóch rąk i dziesięciu palców - bo mając tylko je, można wyczarować właściwie wszystko. (Każda z Jej prac została wykonana całkowicie ręcznie. Rysowanie, wycinanie, klejenie, szycie... Cudowne DIY, artyzm i sztuka, do których każdy z nas ma dostęp - codziennie!)

   Wystawę otwarto. Zaproszono nas... do tego pokoiku, który pomyliłam z kulisami placu budowy. Zerwano taśmę i dopiero wtedy spostrzegłam tabliczkę na ścianie: Magazyn ogólnego przeznaczenia. Iwona Chmielewska. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że tak brzmiała nazwa wystawy. Więc to on - magazyn!
   Rozemocjonowani, przekroczyliśmy przysłowiowy próg i... trochę zgłupieliśmy. Całą przestrzeń galerii zajmowały kartony. Większe, mniejsze, pudła i pudłaszcza, palety puste i nabrzmiałe od pakunków, przesyłki wciąż zapieczętowane i te jeszcze nieobleczone czarną folią z połyskiem. Na niektórych widniały naklejki z okładką schowanej w środku, zmultiplikowanej książki i informacjami prawdopodobnie w języku  koreańskim.






   Kroczyliśmy między kartonami, słaliśmy sobie (ludziom obcym, a jednak tożsamym w figlu, który nam spłatano) zawstydzone uśmiechy i rozglądaliśmy się. Wówczas spostrzegaliśmy je - dodatkowe pomieszczenie w galerii (Jak mogłam o nim zapomnieć!) - mały pokoik, który na czas tej wystawy zyskał miano "pomieszczenia socjalnego".

   Ciepłe światło lampy wyswobadzało nas z półmroku magazynu, choć nie bez dyskomfortu - stosunek ilości ludzi do wielkości miejsca nie pozwalał na złapanie oddechu, zatrzymanie się w miejscu na dłużej (co było możliwe, paraliżowało jednak ruch). Pod czujnym okiem ochroniarza, który od czasu do czasu zaglądał do środka i przyglądał się nam w ciszy, przechodziliśmy od ściany do ściany, od ramy do ramki i patrzyliśmy. Patrzyliśmy i oglądaliśmy, nie mogąc oderwać wzroku od prac Iwony Chmielewskiej. Zgromadzono ich w tym pokoiku (choć może na to nie wygląda, wedle słów kuratora) dziewięćdziesiąt. 




   Oto one: ilustracje. Wykonane ręcznie - dzieło pracy dwóch dłoni i dziesięciu palców. Dowód na nieskończoność wyobraźni i ludzkich możliwości twórczych. Potencjał drzemiący w każdym z nas. Pieczołowicie tworzone, wyrysowane ołówkiem lub niebieską kredką (od razu przypomina mi się Karolcia i jej magicznie ożywione rysunki), składane, klejone, wyszywane... Artyzm - w tym słowie mieszczą się wszystkie właściwe terminy.

   Na ścianach prezentowały się obrazy, które znałam z ekranu komputera lub zadrukowanych kart książek. "Pamiętnik Blumki", "Kłopot", "Królestwo dziewczynki", "O tych, którzy się rozwijali", "W kieszonce", "Dwoje ludzi", "Oczy"... W rzeczywistości jeszcze piękniejsze, oczarowujące detalami, maestrią wykonania, pietyzmem...



 












   Proszę sobie przeczytać! Instrukcja obsługi... A tutaj co robić w razie czyjejś utraty przytomności...
Iwona Chmielewska na moment zajrzała do swojego "pokoju socjalnego". Kryjąca uśmiech w kocich, bezszelestnych ruchach, szybko zajrzała do kilku kątów (Może podsłuchiwała ludzkie rozmowy?), by cichcem opuścić pomieszczenie. Złapałam ją spojrzeniem tuż przy wyjściu; robiłam właśnie zdjęcie instrukcjom bezpieczeństwa. Spotkałyśmy się wzrokiem, a filuterny uśmiech zagościł na twarzy Autorki. Proszę sobie przeczytać! - rzuciła szybko, wskazując tabliczkę. Instrukcja obsługi... Świetne!
   Obserwowałam, jak - ciesząc się jak mała dziewczynka (szczerze, z radością właściwą niemal w większości tylko dzieciom) - zniknęła w magazynie pomiędzy kartonowymi ścianami.





 

Środek pomieszczenia zajmował stolik z ulubionymi kwiatami Autorki i pierniczkami (podobno nie można ich było zjeść - być może ochroniarz pilnował). Obok - jak na pomieszczenie socjalne przystało - znajdował się inny stolik z zamierzonym bądź nie lokowaniem produktu. I książki. Książki, które można było wziąć do ręki, rozsiąść się w wysiedzianych fotelach i oddać lekturze.



***

Wystawa nietypowa, w istocie skłaniająca do namysłu nad tym, co wewnątrz i na zewnątrz. O skali mikro i makro. Wreszcie o ukrytych znaczeniach samego magazynu, który jawi się jako miejsce obce i znajome zarazem. Odpowiednio zorganizowane, urządzone, przeznaczone do przechowywania we właściwych warunkach określonych obiektów. (fragment z opisu wystawy). Co mówi to o Literaturze? O książkach Iwony Chmielewskiej? O samej Iwonie Chmielewskiej? Ciekawa jestem Waszych interpretacji.

***

Niewątpliwą atrakcją (Tak! Dla mnie to gratka i moment pełen emocji!) była możliwość otrzymania dedykacji od Autorki. I to nie byle jakich, ale rysowanych... Obserwowanie Iwony Chmielewskiej w trakcie pracy? Bezcenne! 






Całkowicie urzekły mnie zindywidualizowane dedykacje - każda z nich komponowała się z książką, w której została wyrysowana. 
Mały John otrzymał więc zagadkową zawartość materiałowej (!) kieszonki (dowiedziałam się przy okazji, że książka była napisana dla najmłodszego dziecka pani Iwony - Jasia właśnie ;)), a Lady Marion motylka z dwóch KŁOPOTliwych plam.

To była czysta przyjemność: być tam, widzieć to, doświadczyć.






Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka