30 czerwca 2015

migawki (14) - maj 2015

Lada moment skończy się czerwiec, a dopiero dzisiaj publikuję majowe migawki. Maj i czerwiec nieco wywróciły codzienność do góry nogami: zaczęłam pracę w księgarni, kończyłam kolejny semestr zajęć ze studentami, mąż wyjechał na delegację... Coraz rzadziej włączałam komputer, coraz częściej kładłam się za to wieczorem na kanapie, próbując złapać oddech i odpocząć. Ale powinnam w tym miejscu skupić się na maju (niż opowiadać o czerwcowym zmęczeniu materii).

Maj był piękny. Zawsze jest. Kwiaty, wybuch kwiatów... Pąki, kolory, zapachy... Maj to miesiąc, dzięki któremu człowiek przypomina sobie, dlaczego tak kocha życie, Ziemię!

Spacerowaliśmy więc i syciliśmy oczy, w domu czytaliśmy o przygodach Madeline (Jak jej nie uwielbiać!), zaskakiwały nas niesamowite przygody komiksowych muminków i połykaliśmy pierwsze maliny niemal w całości (a gdy już wszystkie znikały w naszych brzuchach, wędrowaliśmy do kuchni po domowe bezy, a poranki smakowały truskawkowym dżemem własnej roboty).

W maju - konkretnie 26 dnia tego miesiąca ;> - usłyszałam też po raz pierwszy (trochę zniekształcone, ale najpiękniejsze, jakie słyszałam): Kotam cie, mamusiu!





















22 czerwca 2015

dojrzałe banany

Karmelizowane banany i ciasto-chleb - prosty przepis na słodycz lata, kiedy słońce przyrumienia owoce aż nadto. Brązowe plamy na skórze - jak po nieuważnym opalaniu - ślad upływającego czasu. Zapach świeżego karmelu rozchodzi się po mieszkaniu, miękki miąższ owoców sam rozpada się pod naciskiem widelca. Jeszcze tylko odrobina ciasta i piekarnik-solarium. Takie rumieńce lubię!






Chcąc upiec ciasto z karmelizowanych bananów, zajrzyj do książki Słodkie Liski z WhitePlate.
Smacznego!

16 czerwca 2015

"tutaj mieszka przyjaźń"

Jakiś czas temu zostałam poproszona o wykonanie czegoś, co uczyni obcą przestrzeń bardziej ciepłą, przytulną. Moja koleżanka przeprowadziła się do innego miasta, zupełnie sobie nieznanego, by wraz z drugą moją koleżanką wynajmować mieszkanie. W sytuacji gdy na miejscu są tylko najpotrzebniejsze meble, a "cztery kąty" raczej docelowym lokum żadnej z pań nie będą, konieczne było coś do przestawiania, powieszenia... Coś "luźnego", niekoniecznie dużego, coś, co mogłoby zmieniać miejsce...

Niemal od razu pomyślałam o obrazkach, grafikach. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł: typografia - ta właściwa stanowić miała zaledwie (aż?) 1/3 całości projektu. Chciałam, by każda z dziewczyn - w razie przeprowadzki którejś z nich - mogła wziąć coś ze sobą, coś tylko jej. Z drugiej strony zależało mi na tym, by mój prezent - jak i przestrzeń, którą zaczęły dzielić - spajał, dotyczył ich obu - naraz. Jak pogodzić te moje tak, wydawałoby się, skrajne wytyczne? ;) Wspomniane 3w1...

Każda dostała po niewielkiej grafice, trochę mniejszej niż format A4 - papier akwarelowy, na nim wyrysowany czarnym tuszem inicjał imienia. Zdobienia? Najprostszy z motywów: kwiaty. Dowiedziałam się, które są tymi ulubionymi każdej z dziewczyn. Kredka akwarelowa w ruch, nieco wody z pędzelka i otoczenie litery gotowe. To te 2/3 projektu - coś, co każda może zabrać potem ze sobą, coś tylko jej, coś osobistego: pierwsza litera imienia i ulubione kwiaty jako ramka. A co domknęło całość, spoiło?






Plakat z napisem "tutaj mieszka przyjaźń". Ten sam czarny tusz do wyrysowania liter, ta sama technika rysunko-malunku kwiatów, które - by jeszcze lepiej oddać wydźwięk zdania - tutaj zamieszkały razem, rosną tuż obok siebie, jak przyjaciółki, które zamieszkały w jednym miejscu i teraz tworzą barwny, wesoły bukiet... Oby kwitły jak najdłużej! :)








10 czerwca 2015

zapach zieleni i smak truskawek

Jeden z dni długiego weekendu spędziliśmy na wsi, co pozwoliło nam po raz kolejny oderwać się od miejskiej codzienności (podobnie jak TUTAJ). I choć trudno powiedzieć, byśmy prawdziwie odpoczęli (Mały John miał tym razem większe połaci pól, łąki i podwórka do biegania, o pracy w gospodarstwie nie wspominając [konieczne było napełnianie mu co chwila konewki, by mógł podlać spragnione krzaki malin, bieganie za nim, kiedy gonił małego kotka czy pilnowanie, by nie zgubił się w stodole, którą uparcie penetrował]), oddychaliśmy świeżym powietrzem, rwaliśmy maki, zboża łaskotały nas w stopy, a lekki wietrzyk orzeźwiał. Zrywaliśmy truskawki, które - lekko otrzepane - od razu lądowały w naszych ustach; czasem drobinki ziemi czy piasku chrzęściły między zębami, ale słodki sok i smak słońca (truskawki na ciepło, prosto z krzaczka - magia!) wynagradzały ewentualne niedogodności.

W międzyczasie jaskółki chowały się w gnieździe, które uwiły w kurniku... (Pierwszy raz widziałam je z tak bliska - to chyba na szczęście, prawda? :))







 





















Mały John: kapelusz: H&M, koszulka: miszkomaszko, spodenki i sandałki: Zara 
Ja: denimowa koszulka: Mango, legginsy: IconStore, słomiana czapka: Zara Home, sandałki: Zara

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka