21 sierpnia 2014

cytryny

W końcu mi się udało: materiałowe cytrynki doczekały się obszycia, wypełnienia i pakowania. Niektóre z nich uzbroiły się w filcowe listki.
To pierwszy z moich projektów materiałowych produktów do zabawy w gotowanie/kuchnię/sklep. Cytrynki powinny wytrzymać działania dzieci, problem może być ewentualnie z listkami, ale te - przy "żywych" cytrynach także - odpadają czasem, prawda? ;) 

Każda z cytryn powstała z oddzielnego, specjalnie dla niej stworzonego szablonu, przez co każda jest niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Można powiedzieć, że są ekologiczne - ręcznie hodowane (czyt. szyte ;)), różniące się wielkością i kształtem, nie identyczne, jak w produkcji masowej.

Na razie powstało 6 zestawów, które są gotowe, by wyruszyć w świat - może właśnie do Ciebie? Masz ochotę na lemoniadę? ;)


















Materiałowe cytrynki zapakowałam w torebki: każda mieści po 3 sztuki cytryn, w tym jedną z filcowym listkiem. 










20 sierpnia 2014

let it go

Lubimy co sobotę oglądać "Mały koncert życzeń" na TVS; młodzian tańczy do piosenek, próbuje śpiewać (a przynajmniej nucić, naśladując melodię, co - ku mojemu zaskoczeniu i z przypływem matczynej dumy - wychodzi mu całkiem, całkiem), a matka się wzrusza... Ilekroć puszczą nagrodzoną Oscarem piosenkę z filmu "Kraina Lodu"... łzy ciekną mi po twarzy.



 
Ta piosenka coś we mnie wyzwala, puszczają mi hamulce odpowiedzialne za trzymanie się w ryzach, słowa trafiają bezpośrednio do serca - dotykają do głębi. Mam wtedy ochotę krzyczeć za Demi Lovato "Let it go" - ostatecznie się wyzwolić... Zostawić za sobą to, co mnie stopuje, co mnie rani, co zatrzymuje mnie w miejscu. Zostawić, spojrzeć przed siebie i nie bać się iść naprzód... Ten utwór daje mi siłę. Właściwie nie tyle samą siłę, co świadomość, że ta siła - moc - we mnie drzemie i tylko czeka, bym jej użyła.

Ale to musi być Demi Lovato i oryginalna wersja piosenki. Polska - choć muzycznie i brzmieniowo nic jej zarzucić nie mogę - traci na tłumaczeniu. Oryginalny tekst jest uniwersalny, nie traktuje tylko o rozterkach Elsy - księżniczki, która długo musiała ukrywać swoją magiczną moc. Podobnie z tytułem filmu: oryginalne "Frozen" jest o wiele bardziej pojemne znaczeniowo niż polskie "Kraina Lodu". Bo tę historię można potraktować bardzo szeroko, odnieść (między innymi) do relacji rodzice-dziecko w każdym wieku, w każdym miejscu, w każdym czasie.

Frozen - zamrożona... Nie tylko kraina, którą skuły lodem chaotyczne, pełne przerażenia ruchy dopiero co ukoronowanej królowej Elsy. Sama bohaterka była zamrożona... Nie z uwagi na kryształki lodu, których nanocząsteczki mieszkały w niej, urzeczywistniając magię. Nie z racji, być może, chłodnego serca, z jakim potraktowała radującą się z zaręczyn siostrę.
Zamrożona Elsa była krucha jak sopel lodu. Twarda, ale delikatna, podatna na sygnały ze świata zewnętrznego, obawiająca się ich, chowająca przed słońcem, ukrywająca przed ciepłem: ludzkiego głosu, dotyku, czułości. Zamrożona w dzieciństwie przez swoich rodziców, którzy ze strachu i z niezrozumienia zabronili jej używać czarów. To jednak nie jest opowieść o złej Królowej Śniegu i krainie pozbawionej miłości. Rodzice Elsy ją kochali, a wszystko, co czynili, czynili właśnie z miłości... Miłość rodzicielska, która może zamknąć dziecko w kryształowym królestwie? Takich rodziców są setki, tysiące, miliony... Może my też takimi jesteśmy?
 
"Frozen" to historia dziecka, które wkracza w dorosłość zupełnie nieprzygotowane, obawiające się świata zewnętrznego, innych ludzi, nieakceptujące siebie. Elsa, od małego zamykana w pokoju - dla dobra swojego i siostry - musi wyjść ze swojej kryjówki, w miarę bezpiecznej przystani, by nałożyć koronę i zająć się królestwem po śmierci rodziców. Nie ma już ich wsparcia, została sama - tak jej zresztą (przynajmniej pozornie) wygodniej. Ochłodzenie jej kontaktów z Anną, trzymanie dystansu to sposób na okazanie miłości; nieme: "Nie zbliżaj się do mnie, jestem niebezpieczna. Nie dotykaj mnie, bo jeszcze niechcący zrobię ci krzywdę..." Człowiek tak pragnący zrozumienia, bliskości, jednocześnie wycofujący się z obawy przed konsekwencjami... Zabita radość życia, chęć jego poznawania, smakowania... (Charakteryzująca Annę - drugą z sióstr.) Może nie tyle zabita, co uśpiona, zamrożona właśnie. 
Chłodna, zdystansowana, lodowana Elsa wstąpiła na tron. Krucha jak sopel lodu królowa modliła się o to, by nic nie stało się jej ukochanej młodszej siostrze i całemu królestwu... Wciąż słysząca w swojej głowie słowa rodziców (wyśpiewane przez Demi Lovano): Nie wpuszczaj ich, nie pozwól im zobaczyć, bądź grzeczną dziewczynką - zawsze musisz nią być. Ukryj, nie czuj, nie pozwól im się dowiedzieć... (Don't let them in, don't let them see, Be the good girl - you always have to be, Conceal, don't feel, don't let them know...) Tym razem jednak stało się inaczej, niespodziewany obrót wypadków sprawił, że magiczna moc trzymana w tajemnicy... przestała być sekretem. Zwrotkę kończy wyzwalające (?): Cóż, oni już wiedzą... (Well, now they know)
Elsa zdaje sobie sprawę z faktu, że na nic starania; wszystko się wydało. Jednocześnie, wraz z uwolnieniem siły, która w niej tkwiła, bohaterka uświadamia sobie, że wybrzmiewające do tej pory w jej głowie pouczenia, jak powinna się zachowywać, co powinna robić straciły znaczenie, zdezaktualizowały się. Jest wolna. Wolna!

Let it go, let it go
Can't hold it back anymore
Let it go, let it go
Turn away and slam the door
I don't care what they're going to say
 
Odpuść, zostaw za sobą, wypuść, nie potrafisz już tego wytrzymać, nie potrafisz już trzymać tego w sobie; odpuść, zostaw, wyzwól, odwróć się i zatrzaśnij za sobą drzwi... Niech Cię nie obchodzi, co powiedzą...

To właśnie ten moment sprawia, że w momencie zaczynam płakać. Łzy ciekną mi z oczu, jak gdyby ktoś odkręcił we mnie jakiś kran, rozmroził skute lodem partie mojego wolnego ducha, ducha tak łaknącego wolności... Słowa "Let it go" mają wielką moc - ich siłą jest też uniwersalność, której w polskim przekazie brak. "Mam tę moc" również można zinterpretować w duchu mojego wywodu, ale sens pierwotnego przekazu jest niejako zaburzony. "Let it go" są ważne, bo mówią nam o tym, że czasem... trzeba coś za sobą zostawić. Nie patrzeć w tył, nie odwracać się. Po prostu iść przed siebie, z uśmiechem, z nadzieją na przygodę. To może dotyczyć wszystkiego: złych wspomnień, bolesnych słów, być może dotyczyć to będzie osób, które nas raniły. Dostajemy receptę na szczęśliwe życie - najprostszą i najtrudniejszą zarazem: zostaw, odpuść... Czasami walczymy z całym światem, czasami chcemy go na siłę zmienić, czasem latami cierpimy, zamykając się w sobie, obudowując pancerzem obojętności, jak Elsa nie dopuszczamy do siebie nikogo. A wystarczy zostawić przeszłość za sobą i iść. Po prostu iść przed siebie, ku słońcu... Jak Wojciech Cejrowski sprzedać lodówkę, by kupić bilet na podróż życia...

Kiedy płaczę na refrenie, kiedy mój głos zatrzymuje gula w gardle, a wzruszenie nie pozwala dośpiewać refrenu, odzywa się we mnie zalęknione dziecko, które zrozumiało, że nie musi się bać, że wszystko przed nim - wystarczy, że wyciągnie po to rękę...

To jedna strona mnie.
Jest jeszcze druga.

Jestem matką. Dwuletni staż to może nie za wiele, ale od niemal trzech lat przygotowuję się do pełnienia tej roli jak najlepiej; czytam mądre książki, nie daję się zwariować. Szukam pomocy, kiedy nie daję sobie rady. Zawsze ciągnęło mnie w kierunku książek, więc po nie sięgam; nie przyswajam jednak wiedzy ze wszystkich istniejących na rynku poradników. W domu mam dwie książki Jespera Juula i pozycję "Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko" - one otworzyły mi oczy na wiele kwestii, których istnienia podświadomie się domyślałam, ale potrzebowałam wyartykułowania wprost. Szczególnie ostatnia ze wspomnianych przeze mnie pozycji wiele mi dała. Prócz teorii dotyczącej samego zjawiska złości czy temperamentu i etapów rozwoju dziecka, zawiera również testy i ćwiczenia dla rodziców. Taki rodzicielski samouczek... To nie jest lektura łatwa, sukces można osiągnąć jedynie wtedy, gdy będziemy stosowali się do wszystkich zasad, ale warto... W moim towarzyszeniu dziecku stosuję kilka i zauważyłam poprawę naszych wzajemnych relacji. To działa!
Wracając do sedna... Z rozmysłem napisałam "towarzyszenie dziecku" w miejsce "wychowania". Jesper Juul mówi o tym, że nie istnieje coś takiego jak "metody wychowawcze", że powinniśmy w ogóle odczarować termin "wychowanie". Za wiele od niego oczekujemy, za wiele się spodziewamy... Jeśli nam nie wychodzi, jeśli nasze dziecko marudzi, nie słucha, jeśli my czujemy się w jakimś momencie sfrustrowani, zwykle stwierdza się, że najwyraźniej wychowanie nie działa, nie wychodzi tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Ale... czyli jak?
W poprzednim wpisie (TUTAJ) wspominałam o tym, że jako rodzice bawimy się w Boga, który stwarza dziecko na swój obraz i podobieństwo. Nasz maluch ma być taki jak my: tak samo mówić, myśleć, działać. Bez szemrania wykonywać nasze zalecenia, dyspozycje, zachowywać się w towarzystwie (by nie przynieść wstydu), reprezentować te same wartości, które my reprezentujemy. Problem w tym, że choć dziecko jest mieszanką naszych - czyli rodziców - genów, stanowi odrębną istotę, która ma prawo działać i myśleć według siebie, w zgodzie z samą sobą. My - rodzice - nie mamy prawa mu tego zabronić (oczywiście z wyłączeniem sytuacji, kiedy jego działania mogłyby kogoś - w tym je samo - realnie skrzywdzić). Zamiast codziennego wypiekania w formie "XXX Junior" (powielanie dorosłego), powinniśmy właśnie towarzyszyć dziecku w życiu: pokazywać mu świat, wyjaśniać reguły nim rządzące, opowiadać o tym, co jest dla nas ważne, tłumaczyć, odpowiadać na pytania... Być obok i służyć pomocą, dobrą radą, ciepłem swojego głosu i ciała. Czasami bowiem zapominamy o tym i - w dobrej wierze, z przekonaniem, z wewnętrznym poczuciem, że robimy jak należy - wymuszamy na dziecku podporządkowanie się, wtopienie się w tło, stopienie się z nami samymi. To nie musi być przemoc jawna, brutalność zauważona, wyraźna. To mogą być pełne miłości słowa, że "tego nie wolno, a tamto tak". To może być szczera troska np. w pytaniu: "A co ty będziesz robić po tych studiach?" Małe szpileczki, które wbijamy w psychikę dziecka, wierząc, że jesteśmy specjalistami od akupunktury. Cóż... Nie jesteśmy...

Znam wielu rodziców, którzy zachowują się jak rodzice animowanej Elsy. Zamykający dziecko w klatce "dla jego dobra", broniący być mu takim, jakim jest "dla jego dobra". Mówiący: "nie chwal się tym, zostaw to dla siebie" "dla jego dobra". Zamrażający dziecko z miłości...
Sama bywam taką matką. 
Wielbię ciszę i spokój, od dziecka potrafiłam zająć się sama sobą, bawiłam się w jednym "kącie" przez kilka godzin: a to lepiąc modele z papieru, a to budując coś z klocków, a to rysując czy pisząc. Lubiłam ten swój prywatny świat. Lubię go teraz... Wciąż mam swoje sprawy, pomysły, które czekają na realizację, książki, które oczekują na przeczytanie, historie, które chciałabym opowiedzieć... Moje wysiedziane miejsce na kanapie, komputer albo notatnik, przybornik, igła, nici, materiał... Potrafię w ciszy spędzić naprawdę wiele czasu, pozornie nie ruszam się z miejsca, ale moja wyobraźnia zwiedza cały świat... Inaczej - przynajmniej fizycznie - "działa" moje dziecko. Przewrócone trzy strony książki, kilka okrążeń samochodem, puszczona piosenka w radio i wesoły taniec trwający kilkanaście sekund, szaleńczy bieg dookoła stołu, rzucenie się na matkę i znów: przewrócone trzy strony książki, kilka okrążeń samochodem... Mój syn ma zupełnie inny temperament niż ja. Czasami mnie to irytuje, czasami mam tego serdecznie dość, czasami krzyczę "Cisza!", bo jego piski doprowadzają mnie do szału. Z drugiej strony... On ma dopiero dwa lata. To normalne, że szaleje, że biegnie zamiast chodzić, że cieszy się z każdej drobnostki całym sobą, że nie jest wyćwiczony w cierpliwym siedzeniu przy matce, która potrafi tak siedzieć godzinami... Mój syn różni się ode mnie, jest inny. Ale "inny" nie znaczy "gorszy", choć czasem chciałoby się tak myśleć, uprościć wszystko, sprowadzić do łatwego równania: inny = nie taki jak ja = gorszy. Niezrozumienie połączone z wygodą - niechęć uczenia się nowego człowieka, dostosowywania do niego, bo "to ono powinno dostosować się do nas". Jasne, jako rodzice musimy wyznaczać granice, "bezstresowe" wychowanie jest bez sensu, może zaszkodzić na równi z jego przeciwieństwem (czyli wspomnianym tworzeniem kopii nas samych). Po raz kolejny przydałby się złoty środek...

Złotym środkiem jest... miłość. Ale nie miłość wybiórcza, stawiająca warunki. Po prostu: miłość... Pełna akceptacja drugiego człowieka. Z jego wadami i zaletami, z jego temperamentem, z jego planami na przyszłość, z jego pasjami... Prawdziwie kochać to znaczy pozwolić żyć drugiej osobie. Być obok niej, towarzyszyć jej w codzienności, ale nigdy nie zawłaszczać jej dla siebie, traktować po partnersku, pozwolić oddychać. To właśnie miłość do siostry pozwoliła Elsie odczarować Annę, pozwoliła jej zapanować nad lękiem i czarami. To miłość, która się nie boi, która silna jest tym, że jest wolnością.

Przykład pierwszy:
Uwielbiał grać w gry komputerowe. Od kiedy rodzice podłączyli w domu Internet, nie odrywał oczu od ekranu monitora. Kolorowe błyski odbijały się w jego źrenicach; chłonął zero-jedynkowe narracje całym sobą. Rodzice z początku nie przeczuwali, że do tego dojdzie, że godzinna gra w przeciągu kilku miesięcy zamieni się w kilkudniowy maraton. Gorsze stopnie w szkole, brak znajomych, z którymi mógłby wyjść z domu, brak zainteresowania rodziną, ciągłe zamykanie się w pokoju. Coraz częstsze kłótnie, krzyki, "Nie rozumienie mnie!" kontra "Idź się uczyć!" Być może rodzice w końcu uznają, że komputer należy wyrzucić, że trzeba ograniczyć syna w każdej dziecinie wirtualnego życia, by zechciał powrócić do świata rzeczywistego. Być może syn nigdy nie przestanie się z nimi kłócić. Być może ucieknie z domu, by realizować swój scenariusz. Ale, być może, rodzice przekują pasję syna w sukces: zapiszą go na zajęcia informatyczne, by nauczył się sam robić gry. Być może zainteresują się rozrywką swojego dziecka i - po poszukiwaniach - zabiorą go na turniej? Być może ich syn znajdzie tam kolegów, ludzi myślących tak, jak on? Być może zechce wziąć udział w rozgrywkach, a pasja przerodzi się w pracę zarobkową? Zakończenie jest otwarte.
 
Przykład drugi:
Rodzina lekarzy. Jedyny syn pary (tu wpisz wybraną specjalizację) od dziecka ujawnia zainteresowanie pracami ręcznymi: budowaniem z klocków, lepieniem z plasteliny, budowaniem makiet. Rodzice są zadowoleni; są przekonani, że zmysł obserwatora i od małego ćwiczona precyzja, gimnastykowanie palców, przysłużą się potomkowi w karierze medycznej. Mina rodziców rzednie nieco w momencie, w którym ich jedyny syn obwieszcza im, że zapisuje się na kółko plastyczne. "A, niech ćwiczy," machają ręką. "To mu się przyda na zajęciach z rysunku anatomicznego." Akceptacja kończy się w momencie, w którym potomek informuje, że nie będzie zdawał na maturze biologii, fizyki i chemii. "Zdaję na ASP" - mówi. Rodzice są wściekli. "Nie możesz! Tyle zmarnowanego czasu! Nasza rodzina od pokoleń zajmuje się medycyną! Musisz kontynuować rodzinną tradycję!" Być może ojciec wydziedziczy swojego jedynego syna. Być może matka nie będzie potrafiła spojrzeć młodemu artyście w oczy. Być może syn zostawi swoich rodziców, by robić to, co sprawia mu radość. Lub, być może, przestraszy się, zniechęci i - zdruzgotany - będzie próbował wkupić się w łaski ukochanych rodziców... Zakończenie jest otwarte.

Przykład trzeci:
Od małego była delikatną dziewczynką. Lubiła kolor różowy, malowała się szminkami mamy, chodziła na kółko baletowe. W gimnazjum była pilną uczennicą, to samo w liceum. Maturę zdała na piątkę, dostała się na wymarzone studia, po których znalazła idealną pracę. Rodzice pękali z dumy: ich mała córeczka dorosła i była szczęśliwa... Radość trwała jednak krótko. Pewnego dnia ta mała dziewczynka - obecnie świadoma siebie młoda kobieta - stanęła w progu rodzinnego domu z trzymającą ją za rękę koleżanką. "Mamo, tato, to jest moja partnerka. Kochamy się, chcemy zamieszkać razem." Świat rodziców legł w gruzach, dosłownie w jednym momencie roztrzaskał na tysiące kawałeczków. Jak to?! Ich dziecko jest... lesbijką? Ich mała, kochana córeczka, świetna uczennica, jest... homoseksualna? To nie mieściło się w ich głowach, więc nie wiedzieli, co myśleć, nie wiedzieli, co powiedzieć. Stali w milczeniu, aż ich ukochana córka odwróciła się i odeszła, prowadząc ukochaną za rękę. Być może zerwie z nią jeszcze dzisiaj i zadzwoni do rodziców następnego dnia, żeby przeprosić. Być może zamilknie i - utulona kojącym głosem swojej partnerki - przezwycięży uczucie głębokiego zawodu. Być może rodzice uznają, że stracili dziecko. Albo, być może, zrozumieją swój błąd i będą chcieli poznać ukochaną swojego dziecka - przecież musi być kimś dobrym, skoro ich córka oddała jej serce? Zakończenie jest otwarte.
 
Przykład czwarty:
...to Twój przykład. Przeanalizuj swoje relacje z dzieckiem. Każdy rodzic przeżywa w życiu taki moment, kiedy nie rozumie swojej pociechy, kiedy krzykiem ma ochotę przywołać ją do porządku, znów stanąć na pewnym gruncie, w dobrze znanym terenie, gdzie wszystkie triki i zasady są mu dobrze znane, opanowane, jasne. Możemy jak Starotestamentowy Bóg wygnać Adama i Ewę z Raju - ukarać dziecko za niesubordynację, w miejsce zrozumienia i wybaczenia, postawić gorejący złością miecz, by nas oddzielał. Możemy też próbować zrozumieć, pytać, wyciągać rękę, kucać, by nie wywyższać się w trakcie rozmowy z dzieckiem. Możemy wspierać je w jego wyborach, w jego planach. Możemy być przy nim, gotowi okazać swoją miłość.

Zakończenie jest otwarte.


Akceptujmy swoje dziecko takim, jakie jest. Nie zmieniajmy go na siłę. Nie próbujmy dostosować dziecka do naszych wzorców, pragnień. Nie wymagajmy od niego niewykonalnego. Bądźmy sobą i oczekujmy tego samego od innych. Bądźmy szczęśliwi, realizując się i pozwalając realizować się innym.

Let it go... Moje oczy znów przesłoniła łzawa firanka. Prawdziwie kochać dziecko to znaczy pozwolić mu odejść. To znaczy dać mu wolność, wspierać w rozwoju po to, by w przyszłości mogło wyruszyć w świat zdrowe, dojrzałe i żądne przygód. Być może nie będzie chciało, byśmy mu towarzyszyli. Musimy przyjąć to po męsku - na klatę - bo tylko tak sprawimy, że nasze dziecko będzie szczęśliwe.

Ocieram łzy. Wiecie co? Jeśli będziemy gotowi wypuścić nasze dziecko, pozwolić mu rozwinąć skrzydła i odlecieć, całkiem prawdopodobne (być może stuprocentowo!), że ono do nas wróci. Samo z siebie. Z miłości.













  


 





13 sierpnia 2014

chłopaki nie płaczą

Chłopaki nie płaczą, chłopaki są twarde. Silne, mocne, macho. Żadne tam babskie udelikatnienie, żadnych róży, fioletów, żadnego fiu-bździu w głowie. Tylko poważne tematy. Lalki? O zgrozo, tylko samochody. Ewentualnie sprzęt elektroniczny, piłka nożna albo inne sporty. Humanistyka? Wolne żarty! Co najwyżej 3 z polaka, przecież i tak będzie zdawać na politechnikę...

Lolek bardzo lubił lalkę. I tak się zaczęło... (zerknij TUTAJ)

Niedawno sieć obiegł filmik "Like a girl" udostępniony przez Always. Poproszono dorosłych, by pokazali, co znaczy dla nich "biec jak dziewczyna". Efekt? Zobacz TUTAJ.

Jestem dzieckiem i nie znam stereotypów. Jestem dzieckiem i jeszcze nie wtłoczyli we mnie, jaka powinnam być, jakiej się mnie oczekuje. Jestem dziewczyną, biegam najszybciej, jak potrafię...

Kobiety: słaba płeć, mają prawo płakać (byłoby dziwne, gdyby tego nie robiły), beczeć na komediach romantycznych i nie tylko (musielibyście mnie zobaczyć w odpowiedniej fazie cyklu, gdy smarkam w chusteczkę nawet na reklamach ;)), krzyczeć na widok małego robaka, robić tragedię ze złamanego paznokcia, nie myśleć racjonalnie, wciąż gadać, gadać, gadać...
Tyle stereotypy. Stereo-typy. Stereo. Typy. Typy osobowości, typy człowieka, typy płci, które - jak stereo - powtarzane są w kółko kilka razy, w zapętleniu, aż ich echo zadźwięczy w odpowiednio głębokich partiach mózgu. Obrazy uproszczone, nieprawdziwe, zakłamane.

Kobiety nie są słabe. Małe dziewczynki chcą biec jak najszybciej. Więcej: biegną najszybciej, jak potrafią. Biegną, a więc działają. Pozwólmy im na to, wspierajmy je.

A chłopcy?

Dużo mówi się o kobietach, walczy o ich prawa, swoją drogą słusznie. W dobie przeformułowywania ról społecznych, warto jednak pochylić się nad obiema płciami. Nie tylko kobiety padły ofiarą wielu wieków wmawiania im, jakie powinny być, jakie role powinny odgrywać. To samo dotyczy mężczyzn. Dzisiaj kobieta może być rekinem biznesu. Dzisiaj mężczyzna może być kogutem domowym. Oboje szczęśliwi. Dlaczego niektórych to dziwi? Dlaczego, skoro świat pozwolił nam się realizować, dał tyle możliwości? 

Być może życie stereotypami jest bezpieczne. Znam schemat, testowany był tyle razy... To nic, że czasami testy wypadały blado (by nie rzecz: nieciekawie). Wiem, nie muszę kombinować, nie muszę wchodzić na nieznany grunt, nie muszę być pod ostrzałem innych. To w gruncie rzeczy wygodne. Robię to, czego ode mnie oczekuje społeczeństwo. Czego ode mnie oczekuje jakaś niewidzialna odgórna instancja (przez Freuda zwana Kulturą, przez innych jeszcze inaczej). Takie zmasowane SuperEgo, które mówi mi: tak nie możesz, na to nie pozwala protokół, to nie mieści się w naszych wyobrażeniach.

Wiecie co? Momentami mam te wyobrażenia bardzo głęboko!

Urodziłam syna, więc bliskie mi feministyczne tematy niejako omijają moje dziecko. Co nie znaczy, że chłopca wychowuje się prościej.
Ile razy słyszałam: różowy? W życiu! (reakcja mojego małżonka na spodenki w kolorze lila) Ścinałaś mu już włosy? To szybko, żeby nie wyglądał jak dziewczynka! Takie spodnie? Włóż mu normalne! (reakcja na dopasowane legginsy) czy wreszcie kierowane do mojego dziecka: "Nie płacz! Chłopaki nie płaczą"!

Różowy też jest dla chłopca. W niektórych kręgach to właśnie ten kolor otula chrzczone niemowlę płci męskiej: różowy od wymieszanych wody i krwi Chrystusa... (Błękitny przynależy wówczas do dziewczynek: od błękitu sukni Matki Boskiej.) Współcześnie mamy zresztą tyle możliwych odcieni i różu, i fioletu, że - doprawdy! - można wybrać odcienie pasujące i do naszego dziecka, niezależnie od płci. Oczywiście, komuś może ten kolor zwyczajnie nie odpowiadać. I dobrze, niech nie odpowiada. Ale nie mówmy innym, jak powinni żyć, jak powinni myśleć. Żaden kolor nie jest w stanie sprawić, że jakiś człowiek będzie mniej wartościowy. To TYLKO kolor, nie mówi nic o tym, kim rzeczywiście jesteśmy. Oczywiście, może dopełniać nasz wizerunek i - zakładany z rozmysłem, pewną symboliką za nim się kryjącą - znaczyć, ale nie przeceniajmy jego roli w przypadku dzieci: dzieci nie myślą kategoriami "różowy dla dziewczynek, niebieski dla chłopców". Przykład? Mój synek najlepiej bawi się w piaskownicy różowymi (sic!) zabawkami. Różowe wiaderko + różowa chochla do zupy + piasek = gotowanie zupy przez moje dziecko. W pierwszym momencie czułam wewnętrzny opór przed tym obrazkiem; chciałam skarcić syna i kazać zwrócić mu zabawki dziewczynce, od której je pożyczył. Po sekundzie, na szczęście, przyszło opamiętanie. Jak stereotypy są w nas mocno zakorzenione! Czy moje dziecko nie może bawić się w gotowanie z pomocą naprawdę poręcznej (i kształtem, i rozmiarem) chochelki? Czy mam mu wyrywać to wiaderko tylko dlatego, że jest różowe? Wreszcie: czy to sprawi, że mój syn będzie niemęski?

Mój siostrzeniec ma piękne loki. Uwielbiam owijać je na palcu, kiedy mi na to pozwoli. Wygląda jak aniołek. Kiedy urodził się mój syn i kuzyni zaczęli się spotykać, czyt. bywać na tych samych imprezach rodzinnych, nie uciekli od porównań. A ile ten ma ząbków, a ile tamten... Kiedy ten zaczął chodzić, bo ten drugi już próbuje... A kiedy to, a kiedy tamto... Nie lubię brać udziału w wyścigu szczurów. Nie lubię, kiedy włącza się w niego moje dziecko. Co z tego, że przy nabywaniu niemal wszystkich umiejętności wyszczególnionych w książeczce zdrowia wyprzedzał termin o ok. miesiąc. Jasne, byłam (wciąż jestem!) dumna. Ale byłabym i wtedy, gdyby zrobił to w terminie albo nawet nieco później. Bez pośpiechu, na wszystko przyjdzie czas. Nie stanęło na porównywaniu umiejętności. Gdy tylko synkowi zaczęły gęstnieć włosy, usłyszałam: "Ale ten twój siostrzeniec ma długie włosy! Wygląda jak dziewczynka! Swojemu synkowi koniecznie musisz obciąć! Już ma za długie!" Postukałam się w głowę. Włosy przycięłam, w swoim czasie: szło lato, synkowi pocił się kark a mokre kosmyki - jak sądzę - przeszkadzały. To było takie naturalne dla mnie, że - po prostu - chcę mu pomóc, że daję mu pewnego rodzaju ulgę. Reakcja? "Oooo, obcięliście go! No nareszcie! Nie może wyglądać jak dziewczynka przecież..." Najbardziej zdziwiły mnie jednak słowa: "Możecie nawet krócej go obciąć. Bo jeszcze długie ma. Żeby go z dziewczynką nie pomylili!" Dopytując (zaintrygowana i w szoku), dowiedziałam się, że jak będzie miał włoski na kilka milimetrów, będzie wyglądał jak facet. "Chwila!" - rzuciłam, zatrzymując się w tym biegu. "On ma dopiero niespełna 1,5 roku!"
Nikomu nie mówię, jak powinien się obcinać, jaką fryzurę ma nosić. Mogę doradzić, mogę ocenić wedle własnego gustu, ale nigdy nie będę upierała się przy swoim. Nie moje włosy: nie mój biznes. Ja sama od kilku lat lubię nosić się na krótko: jest mi wygodniej, lżej, szybciej się suszy, podobam się sobie. Mam rozumieć, że jestem mało kobieca? Długie (ani krótkie) włosy naprawdę nie są wyznacznikiem płci. Jedni są przyzwyczajeni do tych, inni do tamtych. Kwestia upodobania. A najlepszym dowodem na to, że chłopcom świetnie w długich włosach, jest Józio - mega synek Matki-Aparatki.

Lubię ubierać synka. W różne rzeczy. Polskich projektantów, z sieciówek, własnoręcznie przeze mnie wykonane... Eksperymentuję też z fasonami. Lubię spodnie luźne w kroku, dżinsy, legginsy, dopasowane rurki... Zdarza się, że mój syn nie podziela mojego entuzjazmu, wówczas staram się nie upierać przy swoim i go przebieram. Spodnie ciaśniejsze w kroku (czy z mocniejszego materiału) zakładam na specjalne wyjścia, kiedy wiem, że młodzian raczej nie będzie miał okazji biegać, skakać i szaleć i spodnie nie powinny go pić. Gdyby mu przeszkadzały: mam drugą parę na zmianę. Nic na siłę.
Kilka razy ubrałam go właśnie w takie dopasowane spodnie. Nie marudził, nie protestował, więc w duchu przybiłam sobie piątkę i z zadowoleniem dobrałam do dołu górę. Na imprezie rodzinnej usłyszałam jednak: "Co on to ma za spodnie? Ciasno mu przecież! Zmień mu, niewygodne ma!" - powtórzone kilka razy, do znudzenia. Jakby z nadzieją, że w końcu się ugnę, zmęczona i zniechęcona. A w życiu. W takich chwilach jeszcze silniej obstaję przy swoim. Obserwowałam synka, czy rzeczywiście mu wygodnie (na wypadek, gdybym nie miała racji). Nic niepokojącego nie zauważyłam, więc ignorowałam kolejne uwagi. Gdy po kilku dniach miało miejsce kolejne spotkanie, tym razem w warunkach bardziej "domowych", a więc i z luźniejszym "ałtliftem", usłyszałam: "Nooo! Nareszcie normalne spodnie! Tamte za ciasne miał!" 

"Nie płacz, chłopaki nie płaczą!" rzucone w kierunku mojego dziecka. Wiem, że w dobrej wierze, że służące próbie uspokojenia go. Ale trzymam go przy piersi, tulę, ściskam w ramionach, szepcę: "No już, spokojnie, wszystko będzie dobrze..." Czy on potrzebuje zachęty rodzaju: "Chłopaki nie płaczą?" Niemowlę (a i starsze dziecko, do póki nie nauczy się w pełni artykułować swoje potrzeby) wszystko załatwia płaczem. Płacz zastępuje słowa, czasem niekontrolowane gesty. Jest sposobem mówienia, na razie jedynym znanym dziecku. Rzecz jasna trudno czasem z nim wytrzymać, bywa, że nie reaguje się na dziecięcy płacz w sposób, który byłby adekwatny (czyt. służący rzeczywiście zaspokojeniu danej potrzeby malca). Ale płacz jest też potrzebny i później. Do wyżalenia się, wyrzucenia z siebie złych emocji... Czasami tylko on pozostaje, by człowiek mógł choć na moment poczuć się lżej, wypuścić z siebie to, co negatywne, pozwolić, by spłynęło razem ze łzami... (Kiedy byłam w ciąży, miałam na tułowiu okropną wysypkę [ciążową, jak się okazało: taka "z niczego", "z ciąży" - można powiedzieć]; nie potrafiłam spać na leżąco, uporczywy świąd nie pozwalał normalnie funkcjonować, a lecznicze maści wyżerały mi skórę. Nakładałam je ze zwiniętym ręcznikiem między zębami, z mężem u boku, którego rękę zaciskałam, aż robiła się biała. Dosłownie wyłam z bólu... Tę samą opowieść zrelacjonowałam znajomej, która podwoziła mnie do szpitala na wizytę dermatologiczną - zapewne z grzeczności spytała, co mi dolega. Usłyszawszy, że płakałam z bólu, rzuciła: "Ale ty przecież nie możesz płakać! Musisz być silna dla dziecka!" Wtedy myślałam, że osunę się na fotelu samochodowym. Nie płakać? Ale jak, tak już w ogóle? Dlaczego mi się tego zabrania? Dlaczego, jeśli naprawdę BOLI, jeśli to nie tylko hormony [w ciąży przecież każda kobieta ma PRAWO płakać, ile się jej podoba!], ale coś poważniejszego? Mam to dusić, tłamsić w sobie w duchu idei Matki Polki? Poświęcić się dla idei... Tylko po co?) Próbowałam edukować towarzystwo, tłumaczyłam, dlaczego nie można tak mówić, dlaczego mój synek powinien wiedzieć, że może płakać, że ma do tego prawo. "Wiem, wiem. Tak sobie powiedziałem/powiedziałam", usłyszałam w odpowiedzi. Tylko że w wychowaniu dziecka nie ma miejsca na "tak sobie". Słowa ranią, słowa zostają z nami na dłużej. Jedna rzucona mimochodem uwaga może zagnieździć się gdzieś z tyłu głowy i - zapomniana, niezauważana - siać zniszczenie... Nierzadko musimy potem przerabiać słowa wypowiedziane w złości przez rodziców; niektóre, pozornie niewinne, niewielkiego kalibru, bolą jeszcze po latach. Przetrawić, przepracować... Można, ale to trudne... Czy nie lepiej zaoszczędzić takowych naszemu dziecku?

JeongMee Yoon, artystka z Południowej Korei, której "The Pink & Blue Project" obiegł niedawno sieć (zerknij TUTAJ), pokazała, jaki uproszczony świat współcześni rodzice proponują swoim dzieciom. Rzeczywistość sprowadzona do stereotypów, wyzbyta z kolorów pośrednich, z tą różnicą, że zamiast granicznych czerni i bieli, mamy różowy i niebieski - elementy tak zaciekle stawiane na dwóch różnych końcach wydarzenia "dzieciństwo", że trudno o surowszą i bardziej wyrazistą linię demarkacyjną.

Mój synek bawi się różowymi zabawkami. Mój synek tuli do piersi misia-dziewczynkę (tarmosząc jej różową kokardkę). Mój synek pomaga mi w sprzątaniu, latając za mną ze zmiotką. Mój synek przymierza moją opaskę do włosów i zadowolony, że udało mu się nałożyć ją na głowę, paraduje w niej po całym mieszkaniu. Mój synek udaje, że maluje paluszkiem rzęsy (kiedy ja swoje tuszuję przed lustrem). Mój synek nosi moje pierścionki, przegląda się w lustrze, lubi błyskotki.
Jednocześnie:
Mój synek uwielbia samochody; ma ich sporą kolekcję, dzień często zaczyna od onomatopei: "Brum, brum!" Mój synek buduje z klocków. Mój synek specjalizuje się w pracach inżynieryjnych: rozkłada samochody, piloty, przedmioty innego rodzaju... Mój synek zainteresowany jest wszelakim sprzętem elektronicznym. Mój synek uwielbia kopać piłkę, biegać za nią po boisku. Mój synek uwielbia zajmować się zabawkowym młotkiem. Mój synek, żywo zainteresowany tiulową spódniczką, zdecydowanie odmówił jej przymierzenia.

Mój synek jest po prostu zwyczajnym dzieckiem: interesuje się wszystkim, co go otacza. Nie rozumie podziału na "damskie" i "męskie", bo jest otwarty - otwarty i niewinny. Może być kimkolwiek chce (nawet bez Monte ;)), świat leży u jego stóp. Dopiero socjalizacja, to nieszczęsne wtłaczanie małego człowieka w naszą rzeczywistość, w taki nasz "obraz i podobieństwo", byśmy byli zadowoleni, ten świat porządkuje i nadaje mu etykietki. Jako rodzice bawimy się w Boga, wykorzystujemy swoją władzę. A potem dziwimy się, dlaczego dorośli (którzy jeszcze przed chwilą byli dziećmi) nie potrafią już tak autentycznie cieszyć się życiem jak kiedyś.

Problem w tym, że socjalizacja jest i będzie. Nie ucieknie od niej nawet najbardziej otwarty i świadomy rodzic. I prawidłowo. Bo socjalizacja to również głosy: "Nie wolno bić", "Przeproś, jeśli wyrządziłeś komuś krzywdę", "Uśmiechaj się, mówiąc <<Dzień dobry>>" itp. To zasady, które wpajamy dziecku po to, by potrafiło i mogło żyć w społeczeństwie dla dobra swojego i innych. Problemem, w zasadzie, nie jest sama socjalizacja a to, co w ramach niej przekazujemy pociechom. Czy chcemy, by rosły w zgodnie z sobą, niezależne, ale niekrzywdzące w tej niezależności innych, czy podporządkowane, takie "przynieś, wynieś, pozamiataj" (plus "dzieci i ryby głosu nie mają"), czasem utrzymywane nawet w wieku dorosłym, gdy rodzic uzależnia od siebie dziecko do takiego stopnia, że to nie jest w stanie rozwinąć skrzydła i opuścić dom rodzinny (nie tylko dosłownie, również - a może najczęściej - w przenośni).

Wiesz co, Rodzicu? Bądź sobie tym Bogiem dla dziecka, jeśli chcesz. Ale zanim to się stanie, odpowiedz sobie na pytanie, jakim Stwórcą chcesz być dla dziecka. Czy takim, który wymusza posłuszeństwo strachem, czy może raczej kochającym, dającym wolną wolę, ale ustalającym zdrowe granice, granice dające poczucie bezpieczeństwa? Czy dziecko ma się do Ciebie zwracać z bojaźni, czy może ma przychodzić do Ciebie z czystej potrzeby serca, z pragnienia, by zwyczajnie być blisko Ciebie?
Jakiemu Bogu Ty byś zaufał?
(Tylko pamiętaj: niezależnie od tego, co wybierzesz, kryzys wiary jest w pewnym momencie nieodzowny. Świadczy o rozwoju i dojrzewaniu.)

***

Na urodzinach mojego siostrzeńca chłopcy bawili się w najlepsze w "dom". Młodzian nie chciał wypuścić z rąk konewki, przechodził od doniczki do doniczki, całował kwiatki, podlewał je, podawał im rączkę i - potrząsając lekko gałązkami - mówił "Cesć!" Miał na sobie koszulkę w kratkę kupioną w Zarze na dziale BabyGirl (ten sam napis - o zgrozo! - widnieje na metce); matkę zauroczyły po prostu guziczki z tyłu ;). Czy mój syn albo jego kuzyn są niemęscy? Szczerze wątpię. To, po prostu (albo aż!), mali, kochani chłopcy. Mądrzejsi, niż się wydaje. To my - dorośli - czasami tracimy rozum.












Młodzian: koszulka w kratkę (z guziczkami z tyłu): Zara (BabyGirl), spodenki: Puma, kapcie: Zazzu, buty: Next, kapelusz: H&M

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka