31 lipca 2014

tęczowe przyjęcie urodzinowe

Za równy miesiąc mój synek kończy dwa lata. Chciałam urządzić mu tematyczne przyjęcie urodzinowe - padło na tęczę. Dwa lata temu pokazywałam na blogu swoje tęczowe babeczki, które zrobiłam dla siostrzeńca (TUTAJ). Od tego czasu nie miałam okazji bawić się w zdobienie tego typu, urodziny synka wydały mi się wyśmienitą okazją do tego, by powrócić do zabawy. Dodatkowo zawsze chciałam upiec tęczowy tort... Plus galaretka-tęcza... 
Ciągle nie wiem, czy na wszystko znajdę czas, czy mój pomysł wypali. Ale chciałabym, chciała... ;)
 

Poniżej moje inspiracje, znalezione głównie w serwisie Pinterest.

Po pierwsze: zaproszenia.
Nigdy nie robiłam zaproszeń na urodziny, korzystałam z okazji, że kogoś widzę albo dzwoniłam. Może czas na zmianę? ;) W tym roku myślę nad teksturowymi kartonikami: z jednej strony synek na bujanym koniku i nad nimi tęcza, z drugiej tekst zaproszenia. Takie zaproszenie mogłoby być miłą pamiątką - podejrzewam, że babcie czy ciocie chętnie zawiesiłyby sobie wnuka/siostrzeńca/bratanka na lodówce. Zastanawiałam się też nad wyciąganą z koperty-chmurki tęczą... 



Po drugie: tort. Koniecznie z tęczowymi warstwami. Kilka barwników już mam, pozostaje sprawić sobie brakujące. Czytałam, że wystarczy nabyć kolory podstawowe, a pozostałe uzyska się po odpowiednim ich zmieszaniu. (Przypomniały mi się lekcje plastyki w podstawówce ;))
Chciałabym, by tort z zewnątrz był jednokolorowy, by zafundował solenizantowi i gościom efekt "WOW!" po rozcięciu ;). Niekoniecznie biały, biorę pod uwagę niebo upstrzone gwiazdami... ;)






 


Nie samym tortem człowiek żyje. W kategorii poczęstunek dla gości:







Tyle ze słodkości. Przyjęcie urodzinowe to jednak i coś na ciepło, poczęstunek "wytrawny". Zaskoczona znalazłam tęczowe inspiracje i dla tego rodzaju pożywienia:




Można również pokusić się o tęczowe dodatki, dekoracje:





A prezenty? Oczywiście odpowiednio zapakowane!




Na koniec mała ściąga, bym wiedziała, jakie kolory wprowadzić, o jakich warstwach pamiętać itp.:


Co myślicie o tęczowym przyjęciu? Podoba się Wam pomysł tematycznych urodzin? (popularny zresztą za granicą i coraz bardziej - z czego się cieszę :) - u nas)?

25 lipca 2014

black&white

 - Mama! - dziecięcy głosik koi.
Uśmiech z dołeczkiem w policzku, poranne cmok-cmok: najpierw obdarowane misie, potem mama i tata. Tata dodatkowo na do-widzenia, gdy wychodzi do pracy. Mama jeszcze raz, żeby jej nie było przykro. I kolejny całus: tym razem mokry, trochę nieprzyzwoity (gdyby ktoś - dodatkowo zanadto zainteresowany Freudem - przypisywał dziecku jakieś sprośne myśli). I mocny przytulas. Pogłaskanie po plecach, gdy myję głowę; szybki cmok w plecy. Rozczesanie paluszkami moich włosów, kiedy płaczę. Słowo "mama" wypowiedziane wówczas z czułością i troską; troską o wiele dojrzalszą, niż wskazywałyby na to jego dwa lata bycia na świecie.
Oscarowe "Uuuuuuuch!", gdy dźwiga nasze zakupy do kuchni, rozpakowuje siatki, już wie, gdzie odkładać niektóre rzeczy. Mocowanie się z miotłą, żeby sprzątnąć pokój. Bieganie po mieszkaniu ze zmiotką (a po zmiataniu podłogi zmiatanie mebli ;)). Sprawdzanie, czy wypiliśmy herbatę/kawę/sok i odkładanie na stół naszych kubków. Składanie tetry, gdy ja składam pościel. Pchanie wózka z miśkiem. Tulenie do snu maskotek i najpiękniejsze wykonanie "Aaaaa, kotki dwa...", jakie słyszałam.
Mój synek to aniołek...

Zbity talerz, uszkodzona podłoga. Zalana robótka, nad którą siedziałam kilka godzin. Komputer wyłączony jednym kliknięciem rozbieganych paluchów - tworzony artykuł utracony. Czytana książka pomięta, ulubiona zakładka potargana. Czyste spodnie ubrudzone po pięciu minutach. Plamy z jedzenia na ścianie. Wyrywanie mi miotły, gdy sprzątam. Wyrywanie kubka, gdy piję. Wylewanie brudnej wody na podłogę, gdy akurat myję. Dziki pisk rozdzierający bębenki. Zabawka rzucona z hukiem. Jedna. Dwie. Pięć. Szarpanie mojej spódnicy. Marudzenie po wstaniu, marudzenie przed wstaniem. Płacz z rozdzierającym "Niieeeeeee!", kiedy chcę przytulić czy pomóc. Odtrącanie ręki, gdy podchodzę, kucam i pytam, co się dzieje. Kolejny krzyk. Kolejny płacz. Pięć minut. Dziesięć. Dwadzieścia. Czterdzieści pięć. Godzina...
Mój synek to diabełek...

 - Coś ty zrobił! - krzyczę. Czuję, jak gotują się cebulki włosów na mojej głowie; robi mi się ciepło. "Spokojnie", mówię do siebie w myślach. Mówi mój Anioł Stróż - anioł, którego co noc wysyłam, by chronił moje dziecko, by rozłożył nad nich swoje skrzydła. Mówi, ale go nie słyszę. Jego głos jest przytłumiony; gniew, wściekłość, bezsilność biorą górę. Już mi się nie chce, już jestem zmęczona... Odpuszczam, pozwalam się porwać prądowi chwili. A prąd ten - jak żaden inny - kopie do bólu...
 - Zostaw! Nie ruszaj, do cholery! Ile razy mam ci powtarzać? Słyszałeś? Głuchy jesteś?!

 - Mama! - dziecięcy głosik koi. 
Zza zamglonych złością oczu wyławiam zalęknioną twarz synka.
 - Mama? - powtarza, nie wiedząc, co się wydarzy, jak się zachowam, jak zareaguję. Poczekam za długo - krzyknie, rozpłacze się, odepchnie moją rękę. Przestraszona szybko wyciągam dłoń.
 - Już dobrze, synku, już dobrze... - uspokajam oddech i rzucam zaklęcie; mam nadzieję, że słowa mają rzeczywiście taką moc sprawdzą, jaką się im przypisuje. Już dobrze, spokojnie... Ooo tak, spokojnie...

Macierzyństwo to gra, ustawiają Cię na szachownicy. Jesteś tylko figurą, twoje ruchy zależą od ruchów innych. Zaczynają białe, ale po nich kolej na czarne. Anioł i diabeł tańczą ze sobą; od wieków zresztą. 
Niektóre figury upodobały sobie białe pola, szczęśliwie omijając czarne. Inne odwrotnie. Królowa? Królowa Matka zna każdy ruch, ale zwykły pionek może ją pokonać (pozorna błahostka, przysłowiowe rozlane mleko). Wyrafinowaną grę zastępują proste warcaby; dochodzisz do granicy, złość się nawarstwia... Wszechmocna Dama kumuluje w sobie emocje napotkane po drodze, niesie ze sobą bagaż doświadczeń, jest jej ciężko. Skacze, próbując dogonić rozbiegane bierki. Czasem się potyka. Czasem schodzi z planszy pokonana.
Jestem wspaniałą matką. Czuję, że wygram, że dam radę, że dobro zwycięży. "Szach!", woła ktoś za moim uchem. Nie mogę pozwolić mu dokończyć...


***

Biel i czerń - dobro i zło. Wdzierają się w kolorowy świat dziecka i porządkują jego przestrzeń: segregują przedmioty, ale i emocje od białego do czarnego. Pośród codziennej szarości, monotonii w odcieniach mysiej sierści czy senności nieba o poranku, widać jednak tęczę. Jest jak znak Przymierza: daje nadzieję. Przywraca pokój w sercu.

Pokój... (Może mi zarzucisz w tym miejscu, że przechodzę z tematu poważnego na lekki, że mieszam dyskursy, że wykorzystuję nieco patetyczną gadkę do zaprezentowania czegoś tak pospolitego jak wystrój wnętrza. Nie zapominaj jednak, że wzniosłość mieszka z codziennością, że obok wysokich, ważnych uczuć mącą powietrze zupełnie przyziemne bolączki, emocje. Potrafię zaparzyć herbatę, paść na kanapę zmęczona, zniechęcona, z myślami prawdziwie mało wzniosłymi, a uśmiech mojego synka albo nagła inspiracja zamienią tę nijaką chwilę w coś doniosłego. I odwrotnie. Przechodzimy przez życie jak po sinusoidzie: raz w górę, raz w dół. Dlatego nie czuję zbytnich oporów przed "pomieszaniem" tematów. Miszmasz rządzi naszym światem; wystarczy spojrzeć na media. Nasza przestrzeń może odzwierciedlać nasze emocje. Kolory znaczą [korzystam  z okazji i polecam lekturę prześwietnej książki Patti Bellantoni "Jeśli to fiolet, ktoś umrze. Teoria koloru w filmie"]. Dlaczego nie mam pozwolić sobie na skojarzenia, na wędrowanie znaczeń, na różne interpretowanie czerni i bieli?)

Staram się, by pokój mojego synka był kolorowy. Radosny i dziecięcy, z poszanowaniem dla estetyki małych oczu. Żeby był przestrzenią, w której można marzyć, która pozwala przy przymkniętych powiekach podróżować między galaktykami, zwiedzać inne światy, tworzyć własne.
W tej barwnej przestrzeni nie brak jednak czerni i bieli. One stanowią niejako tło, pewnego rodzaju bazę, która pozwala zaistnieć dodatkom, na tle której tęcza prezentuje się najlepiej.



1.Ikea PS szafka - Rozglądam się za szafką dla synka. Chciałabym, by pomieściła trochę jego zabawek, a przy okazji komponowała się z wnętrzem i wystarczyła na długo. Ta wygląda na całkiem niezłą; pasuje i do pokoju malucha (przy odpowiedniej aranżacji), i do pokoju nastolatka.
2. Ikea łóżko przedłużane MINNEN - Gdy tylko je zobaczyłam, zakochałam się. Świetnie wygląda, ma zabezpieczające barierki, a co najważniejsze: jest przedłużane! Rośnie razem z dzieckiem. Najmniejszy Minnen zmieścił się w przerwie powstałej po rozmontowaniu łóżeczka ze szczebelkami. Kiedy synek będzie rósł, będziemy dostosowywać przestrzeń do jego potrzeb, a łóżeczko rozsuwać. Na razie powstał przytulny kącik sypialniano-czytelniczy; obok łóżka zmieściła się biała pufa z poduszkami, nad nią półki z książkami.
3. Kosz So Homely - na liście zakupów, na zabawki, na pobrudzone ubranka, na cokolwiek
4. Baghera Jeździk Speedster Biały - Mąż postukał się w głowę. "Takie drogie? Zwariowałaś? Są tańsze!" "Są, ale nie takie" - odpowiedziałam. Zagryzłam usta i zarywałam noce, żeby dokończyć zlecenie. Zlecenie, które zapewniało dodatkowy zastrzyk gotówki przed świętami Bożego Narodzenia. Zaparłam się. Chciałam kupić dziecku to auto. Wiedziałam, że drogie. Jednak wiedziałam też, że tańsze modele nijak mają się do tego. Taki jeździk zajmuje sporo miejsca, będzie zawsze na widoku. Ważne, by nie kaleczył oczu, by cieszył wzrok. Wiedziałam, że żadnego plastikowego i kolorowego (czyt. łączącego wszystkie znane kolory plastiku, bo przecież dziecko musi mieć zabawki we wszystkich kolorach, inaczej nie będą radosne) na dłuższą metę nie zniosę. To musiał być jeździk marki Baghera. (I nie żałuję zakupu!)
5. Pojemnik Lego Brick 4 - Upolowany na Westwing. Miał u nas służyć do przechowywania postaci Duplo, w efekcie jest jednak rozłożony, a w każdym z pojemników-połówek znajdują się samochody synka (w jednej części resoraki, w drugiej auta klockowe). Najlepsze w tych pudełkach jest to, że gdy ma się ich więcej, można z nich budować - jak z Lego! (Ale w znacznym powiększeniu ;))
6. Drewniany stołek na trzech nogach Zara Home - Mój łup na zeszłorocznej wyprzedaży. Ja nie wiedziałam, jak go wezmę do domu, ekspedientka nie wiedziała, jak mi go zapakować. Koniec końców obie dałyśmy radę ;).
7. Z potrzeby piękna - dywan w czarne trójkąty - Jak w przypadku szafki, szukam czegoś na podłogę. Stosunkowo niewielkiego (idea wykładziny jakoś nigdy do mnie nie przemawiała, podobnie większy dywan z koniecznością przesuwania mebli, by go odkurzyć), przy tym niebanalnego. Czarno-białe trójkąty jak na razie podobają mi się najbardziej.

***

Przychodzi taki czas, że trzeba wybrać między tym co słuszne, a tym, co łatwe.
Krzyk, wrzask, trzaskanie drzwiami, rzucenie czymś o ścianę - to takie łatwe! Bo zło jest proste. Poddajesz się, nie walczysz. Podnosisz ręce do góry, machasz białą chusteczką umorusaną łzami i potem. Nie masz już siły, nie masz ochoty na kolejne starcie. Marzysz o spokoju, o ciszy, o chwili samotności. Nie liczą się konsekwencje; pragniesz choć na moment rozluźnić mięśnie, przystanąć w biegu. Nikt nie może Ci tego zabronić, masz do tego prawo. Jesteś wolnym człowiekiem. CZŁOWIEKIEM: z wytyczonymi granicami, których nie można przekraczać, z pewną dozą cierpliwości, z całym bagażem emocji. 
Jesteś człowiekiem. Zawieszona pomiędzy superbohaterką a własnym cieniem, swoistym zombie. W rozkroku między Maryją a Medeą. Dźwigasz na barkach cały świat, pragnąc pokazać go swojemu dziecku. Innym razem - półmartwa - wyciągasz przez siebie powyginane szpony i masz ochotę rozszarpać wszystko, co się rusza. Masz lepsze i gorsze dni. Przecież jesteś człowiekiem...

Podobno powinnyśmy być jak Matka Polka.
Matka Polka nie może płakać. Matka Polka nie może krzyczeć. Matka Polka nie może poczuć, jak sztywnieją jej mięśnie, jak krew podpływa do mózgu. Matka Polka nie ma prawa marudzić. Matka Polka dzielnie stawia czoła całej ludzkości. Matka Polka jest szczęśliwa...
Matka Polka to postać mityczna. Utkana z poświęcenia i miłości, obdarta z egoizmu, myślenia o sobie, kochająca cały świat poza jedną osobą: sobą...

Nie jestem Matką Polką. Jestem Mamą, po prostu. Z gatunku: Matka Zwyczajna, Matka Pospolita. Pospolita nie znaczy nudna, szara, nijaka. Pospolita raczej jako codzienna, powszechna. Zwyczajnych Mam jest na świecie najwięcej: każdego dnia prowadzą za rękę swoje dziecko, każdego dnia nucą wieczorną kołysankę, maskując głębokie ziewnięcie. Czy są zmęczone? Tak. Czy marudzą? Zdarza się. Czy płaczą? Zapewne. Czy kochają swoje dziecko? Nad życie!
Jestem Mamą, w której żyłach płynie najprawdziwsza krew. Oddycham, śmieję się, chlipię, weselę i wściekam, uwielbiam i nie znoszę. Po prostu... czuję. Całą sobą, bez kompromisów.
Jestem boską iskrą w niedoskonałym ciele. Jestem perfekcją i błędem. Jestem miłością i nienawiścią. Jestem czarno-biała.



21 lipca 2014

żarzące się giveaway - wyniki

Dziękuję za ciepłe komentarze i wszystkie zgłoszenia! Oraz za cierpliwość... ;) 

Z początku losowanie miał przeprowadzić mój synek, wyławiając szczęśliwy karteluszek, ale koniec końców skorzystałam z nieobecności moich mężczyzn i sama zabawiłam się w maszynę losującą. A co, też miałam trochę zabawy ;).





Szczęśliwy los wybrany...


Wygrywa...


Gratulacje! :)

Poproszę o kontakt na Facebooku albo wiadomość na marrnefer@interia.pl.

Wszystkim jeszcze raz bardzo dziękuję za wspólną zabawę!

19 lipca 2014

drożdżówki z truskawkami i kruszonką

Truskawki. Niepozorne czerwone główki schowane pod zielonymi, łaskoczącymi liśćmi równie niepozornych krzaczków. Owoce ślicznych, delikatnych kwiatów, które cieszą oczy. Smak lata, smak wakacji. 

Grafikę znalazłam na facebookowym profilu CUD MIÓD box.

Być może dziwna jestem (dla mnie to nie nowość ;)), ale nigdy nie przepadałam za truskawkami. Nigdy za surowymi. Truskawkowe kompoty, truskawki w knedlach, cieście... Nawet nie poddane obróbce cieplnej, ale w kisielu albo galaretce... Przynajmniej w jakiś sposób zmodyfikowane (współcześnie modne określenie ;)).
Truskawek w te wakacje nigdy dość. Rodzina mojego męża wprost za nimi przepada; teść pielęgnuje nawet na wsi kilka truskawkowych grządek (te są najlepsze: ekologiczne, duże, słodkie i soczyste!). Przez pewien czas otrzymywałam po kilka koszyków tygodniowo. Zanotowałam moment, kiedy nie miałam już pojęcia, co z nimi zrobić... (Dżemów z poprzednich sezonów mam jeszcze sporo!) Wujek Google pospieszył z pomocą, Dorota Świątkowska z gotowym pomysłem; skorzystałam z przepisu zamieszczonego na stronie www.mojewypieki.com (TUTAJ), z małymi zmianami. Wyszło cudownie! Synek od razu pochłonął trzy drożdżówki, co - muszę przyznać - jest jak dla niego bardzo dobrym wynikiem. Miękkie, ze wspaniałą kruszonką (bez kruszonki nie istnieją moje smakowe wspomnienia z dzieciństwa ;)), truskawkami, z których wypływa słodki sok... Gorąco polecam!



Wykonanie:
W misce połączyć wszystkie składniki na miękkie, elastyczne ciasto. W oryginale widnieje adnotacja, że nie powinno się kleić, wobec czego przy wyrabianiu nieco podsypywałam mąką, aż uzyskałam odpowiednią konsystencję. Pozostawić w ciepłym miejscu, przysłonięte ściereczką, do wyrośnięcia.
Gdy ciasto mniej więcej podwoi swoją objętość, krótko wyrobić i podzielić na 9 części (dzieliłam na 3, potem znów na 3). Uformować kulki, położyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, pilnując, by bułeczki miały nieco przestrzeni (napuchną jeszcze, pełne dumy i - nie bez racji - gracji!). Znów pozwolić, by ciasto podwoiło objętość.
Nastawić piekarnik na 190 stopni.
W rozrosłych bułeczkach zrobić wgłębienie za pomocą denka szklanki (unurzałam ją w puszcze z mąką, by ciasto nie przyklejało się do ścianek; szklankę powinno się maksymalnie docisnąć). W zagłębienia wsypać nieco bułki tartej i ułożyć truskawki (u mnie sprawdził się wzór: 1 duża i dwie małe). Posmarować roztrzepanym białkiem.
Czas na kruszonkę. W rondelku rozpuścić masło z cukrem. Dodać mąkę i połączyć składniki. Otrzymaną kruszonką obficie (inaczej się nie da - sporo jej wyjdzie, mrau ;>) posypać drożdżówki. Można miejscami docisnąć, by lepiej się trzymało.
Włożyć do nagrzanego piekarnika i piec ok. 22 minuty - do zarumienienia.

Najlepiej smakują świeże.
Smacznego!










9 lipca 2014

wongiel

Jestem taka podekscytowana! Rusza mój projekt "wongiel"...


Na razie cicho-sza, nim zdradzę coś więcej, czekam na dogranie wszystkich części składowych.
Węgiel... nasz śląski kamień szlachetny...

4 lipca 2014

"Elle Decoration" 4/2014

Uwielbiam przeglądać katalogi wnętrzarskie. Czuję się, jakbym podróżowała, przesiadała się z kanapy na kanapę, jakbym była gościem w wielu miejscach naraz. Każdy człowiek czuje też choć delikatny pociąg do voyeryzmu - podglądam więc, zakradam się na palcach, przysłuchuję codziennej krzątaninie, ścieram kurz z książek na półkach, wdycham zapach kwiatów w wazonach... I co z tego, że tylko w wyobraźni?

W nowym numerze "Elle Decoration" urzekło mnie połączenie drewna z bielą, loftowe, ceglane ściany, chłodne skórzane kanapy, wspaniałe faktury (wyplatane fotele, lampy jak baby-galaretki!) i kolorowe detale. Kolor, kolor, jeszcze raz kolor - mogłabym krzyczeć jak dziecko, przypominając sobie cudowne mieszkanie Charlotte Hedeman-Gueniau (tak barwne i wesołe jak produkty marki Rice, którą założyła). Projektowanie ma zresztą coś z dziecięcych zabaw, gdy dajemy upust swojej kreatywności i myśleniu na przekór. Do dzieciństwa odsyła wreszcie przypomnienie Kaja Bojesena. Jego drewniane zabawki kuszą, czarują i... kosztują, niestety.

Lubię otaczać się pięknymi przedmiotami, lubię oglądać, konsumować piękne otoczenie... To ważne, by nasza przestrzeń była odpowiednio zagospodarowana; nie tylko pod względem wygody, również pod względem estetycznym. Niedawno - po trzech latach mojej walki ze starą, wielką i nie pasującą mi kompletnie kanapą po poprzednich właścicielach mieszkania - kupiliśmy z mężem narożnik. Z jego powodu musieliśmy przemeblować cały duży pokój, ale opłaciło się: kanapa idealnie wkomponowała się w przestrzeń (jej kolor idealnie pasuje do 2/4 ścian pomalowanych "słonikowym", jak określił stworzony przeze mnie kolor farby nasz fachman); pozostałe meble jakby znalazły swoje przynależne im od zawsze, ale zagubione gdzieś po drodze miejsce. Teraz wręcz nie mogę się doczekać, gdy po codziennej gonitwie usiądę na swojej sofie i odpocznę... Moje własne mieszkanie jest dowodem na to, że feng shui to nie czcze wymysły, a przestrzeń nas otaczająca ma na nas wpływ... Czasem wystarczy zmiana kanapy, by zmieniło się o wiele więcej...






























Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka