3 maja 2014

delikatna waniliowa panna cotta

Panna Cotta miała delikatne rysy i bladą cerę. Kilka zagubionych piegów tworzyło na jej skórze gwiezdne konstelacje. Uwielbiała koty, szczególnie pewnego dachowca- zagubionego chłopca, który przysiadał jej na kolanach i mruczał, gdy go głaskała po karku.
Krzaczek mirtu zaszeleścił, kot leniwie zeskoczył z kolan dziewięcioletniej Panny Cotty. Kilka zielonych listków przysiadło na białym obrusie. Wiek niewinności. Czas Pierwszej Komunii.


Uwielbiam tę gotowaną śmietankę, jak należałoby przetłumaczyć włoską nazwę. Od kiedy spróbowałam jej po raz pierwszy, ciągnęło mnie do zrobienia własnej. Ot, by sycić się deserem częściej niż poza domem. Miałam nawet spisany przepis, ale nigdy nie potrafiłam znaleźć czasu, żeby zabrać się za kucharzenie. Jakbym podświadomie obawiała się trudności. A trudności nie było. To łatwizna.



Przepis znalazłam na jakiejś stronie internetowej, ale było to w czasach, gdy nie notowałam źródła, niestety. Recepturę zmodyfikowałam, dostosowując do ilości śmietany, którą akurat miałam w domu. Stąd pod użytymi przeze mnie składnikami ilości pierwotnie przeze mnie zanotowane.

Panna cotta wyszła idealnie delikatna. Wyciągnęłam jedną, żeby skosztować i... zniknęła niemal natychmiast. Pyszna! Nie potrzebowała nawet sosu, który miałby zrównoważyć jej ewentualną mdłość... Tylko jedna doczekała się truskawkowej polewy - reszta zniknęła, nim sos powstał... Może to efekt niewielkich rozmiarów babeczek z formy, może delikatności samego deseru. Jak stwierdził małżonek, dobrze komponowałby się sos z kawałkami orzechów na przykład - żeby coś chrupkiego strzelało między zębami. Przyznałam mu rację, chociaż dla mnie panna cotta sama w sobie była wystarczająca... (Ale facet to facet, musi pojeść ;))
Ziarenka wanilii upodobały sobie ścianki formy i tam się osadziły, przez co (albo dzięki czemu) nadały deserowi ciekawą konsystencję. Niemniej, jeśli ktoś chciałby uzyskać maksymalną gładkość masy, polecam użyć w miejsce laski wanilii ekstraktu z niej.

Składniki:
 - 200 ml śmietany kremówki (użyłam 30%)
 - 200 ml pełnego mleka
 - ok. 55 g cukru
 - 2 łyżeczki żelatyny w proszku (dałam płaskie)
 - 1 laska wanilii

Oryginalne ilości: 250 ml śmietany kremówki, 250 ml pełnego mleka, 80 g cukru, 2 łyżeczki żelatyny w proszku, 1 laska wanilii.

Żelatynę wsypać do szklanki i zalać dwiema łyżkami zimnej wody.
Do rondelka wlać śmietanę, mleko, wsypać cukier i dodać ziarna z przekrojonej na pół laski wanilii. Samą laskę też można wrzucić - odda aromat. Całość podgrzewać do czasu, aż cukier się rozpuści. Zagotować i od razu zdjąć z ognia. (Wtedy można - czy raczej: należy - wyjąć laskę wanilii.) Dodać żelatynę (moja przyjęła postać swoistej galaretki, ale bezproblemowo wyjęłam ją ze szklanki i dodałam do rondelka) i mieszać energicznie, by rozpuściła się w śmietanie.
Powstałą masę rozlać do pojemniczków (u mnie była to silikonowa forma na mini babeczki - masa zajęła miejsce 5 z 6 babeczek) i odstawić do wystygnięcia.
Ostygłe przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na ok. 4-5 godzin, ale najlepiej na całą noc.

Gotową panna cottę łatwiej wyłożyć z foremek po uprzednim zanurzeniu foremek na (dosłownie!) moment we wrzącej wodzie. 










Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka