31 sierpnia 2013

Dom to frajda. (Mieszkając z dziećmi.)

Nareszcie doszedł: nowy katalog Ikei. Właściwie zastanawiające jest, w jaki sposób katalog z produktami wnętrzarskimi zdobył aż taką popularność, stał się przedmiotem niemal kultu, na pewno pożądania. Mieć go w domu to jak należeć do grona wybranych, podążających za trendami, będących na czasie. Cóż. Należę więc do grona wybranych, podążam za trendami, jestem na czasie. Albo, po prostu, trzymam w rękach nowy katalog i dzielę się tym, co mnie zauroczyło.
Bo właśnie chyba tak to działa: przedmioty do sprzedaży zaprezentowano w pomieszczeniach, w których ożyły, razem z akcentami typowo domowymi, intymnymi, bo czyimiś, stworzyły całość, nabrały ciepła, jak chłodne ciało, w którym nagle zaczęło bić serce. To nie martwe przedmioty ze sklepowych półek - to propozycja życia, aranżacji codziennej przestrzeni, która zagwarantuje wszystkie te przymiotniki i rzeczowniki, które najchętniej przyjęlibyśmy pod swoją strzechę: spokój, odpoczynek, ciszę, zabawę, inspirację... Dla każdego coś miłego. To po prostu produkt świetnie zaplanowany marketingowo. Dowód? Działa. Na mnie też.

Kiedy zobaczyłam dopisek na stronie Ikei dotyczący katalogu: Dom to frajda. Mieszkając z dziećmi, uśmiechnęłam się pod nosem. Od ponad roku w naszą domową przestrzeń zaczęło się wkradać dziecko. Najpierw niewinnie: jakieś drobiazgi, uszyte przeze mnie chmurki, wybrane ubranka, gdzieniegdzie postawione odkurzone zabawki z dzieciństwa. Potem coraz śmielej: łóżeczko ostatecznie podzieliło sypialnię na strefę "oni" i strefę "ono", przypominając, że kiedyś koniecznym będzie oddanie całego pokoju nowemu człowiekowi. Przy całym swoim instynkcie wicia gniazda czułam jednocześnie popłoch: jak to, życie wyrzuca mnie z mojej przestrzeni? Każe pakować manatki, zbierać się i formować otoczenie na nowo? Okazało się, że noworodek potrzebuje wiele miejsca. Że uwielbiany przeze mnie porządek stanie się sennym marzeniem, którego nie będę mogła wyśnić do końca, budzona codziennie przed dzwonkiem budzika. Niemniej, dom to frajda. Dekorowanie pokoju syna sprawia mi radość, otworzyło mnie na wiele inspiracji, których w życiu nie znalazłabym jako nie-matka. To dzięki macierzyństwu powstało Hoo Hooo things, wiele pomysłów wciąż kołysze się w głowie i czeka, by spaść - wraz z kroplą tuszu - z ręki trzymającej długopis/pisak na papier. Wreszcie wszędzie panoszą się zabawki dziecka. Jest kolorowo (co nie zawsze mnie cieszy, ale pobudza wzrok), kreatywnie. Mistrzynią tego ostatniego jest teściowa: w jej rękach klamerki zamieniają się w wagony pociągu, krzesło w samochód, garnek w bębny. Chociaż jestem zmęczona, często zniechęcona, zasypiam odurzona nowymi pomysłami. Nowe życie wprowadziło poruszenie i w moje szare komórki!

Ogół stylizacji pomieszczeń nie przypadł mi tak do gustu, jak detale. Pewne drobne elementy, które wpłynęły na charakter całości. Plus wypowiedzi projektantów, propozycje rozwiązań. Inspirujące, jak w magazynie "Live".

Zapraszam na oglądanie ze mną przez szkło powiększające nowego katalogu Ikei.




























Można też pomalować cały... ;) Ja zamierzam swój pomalować na żółty lub pomarańczowy :)









Zapachniało Kapibarą... ;) Chociaż u nich bardziej podoba mi się to pogięcie rodem z origami :)



























Książki, ach, książki... Lubię, kiedy styliści Ikei rozrzucają je po pomieszczeniach - od razu czuję ciepło wnętrza, tańczące myśli. I zdjęcia ludzi, niewymuszone jakby, przypadkowe, zrobione "na gorąco"...
Ach. Od razu mój własny dom wydaje się rajem na ziemi.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka