15 października 2012

pękające ciasteczka czekoladowe

Pogoda staje się czysto jesienna: odważniejsze podmuchy wiatru targają misternie splątane fryzury, opadające w akcie desperacji liście kolorują chodniki, krople deszczu stukają o szyby, zawodząc. Momentami dopada mnie jesienna chandra... Zwłaszcza kiedy Męża nie ma i zostaję sama z synkiem. Kiedy nie mam się do kogo odezwać. Kiedy jedynym rozmówcą (chociaż prowadzącym monolog) staje się telewizor. Ewentualnie dobra książka, ale trudno utrzymać w rękach cokolwiek innego poza synem: ten uzurpuje sobie miano władcy absolutnego moich objęć. A niech tam, niech ma. Co to zresztą za uzurpacja, skoro dziewięć miesięcy miał mnie na wyłączność: 24h/dobę, ciepło mamy, jej głos, tulenie, 3in1, nawet bez promocji, po prostu w pakiecie. Miałoby teraz tego zabraknąć? Nigdy! - tak czy owak, wracając już do tematu właściwego, potrzebuję czasem pocieszenia. Dobrym rozwiązaniem stało się jedzenie: mój wypełniacz czasu i wierny druh karmienia Jasiowego. (Być może to jest tajemnica nie-chudnięcia-kobiet-po-ciąży: siedzenie z dzieckiem i wgapianie się w TV implikuje wpychanie w siebie słodyczy [i nie tylko]. Cóż, chociaż tyle z tego miejmy ;)) Skorzystałam z okazji i, oddając maluszka w ręce tatowe, zrobiłam z dawna wyczekiwane pękające ciasteczka czekoladowe.


Przepis zaczerpnęłam ze strony smaker.pl - oryginał TUTAJ.

Składniki:
 - 175g gorzkiej czekolady (dałam 100g 70% i 75g 90% - akurat takie miałam w zapasie ;))
 - 75g masła
 - ½ szklanki cukru
 - 2 jajka w temperaturze pokojowej
 - 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
 - 1 ½ szklanki mąki
 - 2 łyżki kakao
 - ¾ łyżeczki proszku do pieczenia
 - ¼ łyżeczki soli
oraz
 - cukier puder do obtoczenia

Czekoladę należy roztopić w rondelku razem z masłem. Po kuchni rozejdzie się piękny aromat czekolady... Przypomniał mi wieczory, kiedy babcia robiła murzynka i pozwalała mi (całkowicie samodzielnie!) zrobić polewę. Wówczas rozpuszczałam kakao z masłem, co dawało podobny zapach... Ach, wspomnienie dzieciństwa. Roztopioną czekoladę należy pozostawić do zupełnego wystygnięcia. Wtedy:
W misce ubić cukier z jajkami na gładką, puszystą masę (zrobi się też bielsza). Dodać czekoladę i aromat waniliowy, znów zmiksować. Obok połączyć składniki suche: mąkę, kakao, sól i proszek do pieczenia. Wymieszane dodać do płynnej masy, połączyć łyżką albo mikserem. Miskę zabezpieczyć folią spożywczą i włożyć do lodówki na kilka godzin (lub na noc).
Formować kuleczki o średnicy ok. 2,5 cm. Jako że to mój Mąż posiada matematyczną wyobraźnię przestrzenną i był w stanie - przywołany do tablicy (czyt. pomocy) - udzielić odpowiedzi, jaka to właściwie wielkość, ja wolę określić oczekiwany rozmiar kulek dokonując porównania: powinny być wielkości trufli. O.
Kulki obtoczyć w cukrze pudrze i ułożyć na blasze pokrytej papierem do pieczenia i wstawić do piekarnika nagrzanego do 165 stopni na ok. 10-12 minut. Powinny wyjść dwie blachy.
 - po kuchni rozejdzie się aromat kakao, który - za sprawą ciasteczek - utrzyma się w mieszkaniu do czasu ich zjedzenia ;-).

Polecam ciastka gorąco: według mnie najlepsze o smaku czekolady, które jadłam. Mocno kakaowe, miękkie, rozpływające się w ustach. Mniam ;-)
(Z tego wszystkiego powstanie stosowna Panna Słodka, ale to "za moment"... Poza tym w głowie zrodził się pomysł pewnego projektu, o którego szczegółach będę na razie milczeć. Potrzeba czasu, żeby zgromadzić odpowiedni materiał i wszystko przygotować... Jak coś się ruszy, zdradzę tajemnicę ;))



3 października 2012

ryż z jabłkiem

To jedna z najszybszych potraw - przydaje się ostatnio, kiedy mam niewiele czasu na pichcenie. Przygotowanie trwa w zasadzie tyle, ile czas gotowania się ryżu.

Składniki:
 - torebka ryżu (albo porcja sypanego)
 - jedno duże jabłko
 - cukier
 - cynamon
 - odrobina soli
 - opcjonalnie łyżeczka masła

Do lekko osolonej, wrzącej wody wrzucić torebkę ryżu i gotować wedle zaleceń na opakowaniu. Najlepszym ryżem jest biały, rozmiękczający się. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych preferencji, natomiast miękki połączy się z jabłkiem i stworzy z nim całość (mam ochotę użyć słowa "papka", ale ono może być dla niektórych nacechowane pejoratywnie, tak więc... ;-)).
Kiedy ryż będzie dochodził, można przygotować jabłko. Na talerz, z którego będziemy jedli, zetrzeć na najgrubszych oczkach jabłko uprzednio obrane ze skórki. Posypać cukrem i cynamonem do smaku.
Ugotowany, odsączony ryż wyłożyć na starte jabłko, wszystko wymieszać.
Gdy mam nieco więcej czasu i ochotę na przywołanie smaków z dzieciństwa, ciepły, świeżo wyłożony ryż (niezmieszany jeszcze z jabłkiem) smaruję łyżeczką masła - nada ono świetny smak całości :-).
Gotowe!




Przepis bierze udział w akcji "Nakarm się studencie!" Ryż z jabłkiem przygotować można właściwie wszędzie, nawet w akademiku. Wystarczy tylko ugotować ryż - to jedyny wymóg.


29 września 2012

smaki: maliny (Panna Malinowa i jej zmysłowe usta)


          Malinowe usta przyciągały słodyczą, dziewiczą harmonią wesołych, soczyście różowych brózdek. Przepuszczały naturalny uśmiech, który współgrał z promieniami słońca iskrzących jak gwiazdy oczu. Od czasu do czasu poruszał się z urzekającą rozkoszą nieduży, apetyczny nosek. Drżał z ustami, gdy opowiedziałeś dowcip. Może dlatego nieustannie czułeś rozczulające ciepło na jej widok. Panna Malinowa potrafiła rozkochać w sobie każdego.

          Ciepłe słowa porywał wiatr. Kot przysiadł na murku i w milczeniu obserwował, jak całujecie się w alejce pod lasem. Porywałeś jej pocałunki zachłannie, łapczywie wargami kosztując jej warg. Zamknąłeś oczy, nie zauważając wijącego się w jej wnętrzu robaka.






24 września 2012

kluski śląskie


Królują na weselnych salonach. Niezastąpiony dodatek do niedzielnego mięsa. Kluski z dziurką, kluski śląskie. W mojej rodzinie śląskimi nazywało się ciemne kluski, te wyrabiane ze startych ziemniaków. Może dlatego, że białe były w pewien sposób standardowe, ciemne natomiast robiła na niedzielny obiad babcia, której rodzina od pokoleń mieszkała na Śląsku. W każdym razie reszta Polski przyjęła takie a nie inne nazewnictwo, nie będę się spierać.
Elementem zasadniczym klusek jest dziurka. Jej przeznaczenie dla wielu pozostaje tajemnicze; mój wujek wrócił kiedyś późną nocą ze spotkania z kolegami i na wściekłe zapytanie cioci, gdzie był, odpowiedział, że przy kolejnym piwie z rzędu rozprawiali o tym, czemu śląskie mają dziurkę. Rozbawiona ciocia wpuściła marnotrawnego męża do domu. Ale zagadka dziurki dalej pozostała nierozwiązana. Ja upatruję się jej powołania w przetrzymywaniu sosu: zawsze uwielbiałam obklejone nim kluski, zwłaszcza moment rozcinania kluski wzdłuż, gdy sos ociekał na talerz, malując na nim smakowite esyfloresy.
W rodzinie Męża z ciasta na śląskie formowało się maleńkie kulki - ot, by ułatwić konsumpcję (wrzut do ust i nie ma). Trochę to burzyło z początku moje poczucie zasadności; twierdziłam, że w miejsce śląskich robili kluski z ciasta na śląskie. Ale: co rodzina, to obyczaj. Jako małżonka swojego Męża musiałam się przyzwyczaić do różnic środowiskowych.

Składniki:
 - ziemniaki
 - mąka ziemniaczana
 - jajko (opcjonalnie)
 - sól

Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie. Gotowe rozdrobnić jak na puree; moja babcia i mama robiły to za pomocą wyciskarki do ziemniaków, ale można jakkolwiek.
Puree ziemniaczane wyrównać, wyciąć 1/4 i przełożyć na pozostałe ziemniaki, wyrównując. Powstałą dziurę zapełnić mąką ziemniaczaną (niektórzy dodają nieco zwykłej, ale nie trzeba).
Można wbić jajko: masa będzie się lepiej kleiła i stanie się bardziej plastyczna, ułatwiając formowanie kulek. W smaku powstaną jednak tzw. gumiklejzy (jak mawiało się u mnie w domu) - kluski gumiaste ;) Jeśli mają być bardziej miękkie, nie tak zwarte, można podarować sobie jajko. Gorzej będzie się kluchy turlało, ale nie będzie to niemożliwe. Ich smak natomiast zachowa swoistą delikatność.
 - wszystko zagnieść

Z gotowej masy formować kulki. Te "właściwe" powinny mieć wielkość mniej więcej piłki golfowej - należy je delikatnie spłaszczyć na dłoni, palcem robiąc dziurkę.
Z Mężem zrobiliśmy mini-śląskie. I z dziurką, i bez - żeby połączyć kuchnie obu rodzin ;).

Kluski wrzucać do wrzątku. Gdy wypłyną, gotować przez 3 minuty.

Uwaga:
 - do samej masy nie dodaje się soli - łatwo można przesadzić. Najlepiej osolić wodę. Zawsze też można posolić kluski bezpośrednio na talerzu - wtedy każdy doda kryształków wedle uznania :)
 - mąka ma zająć dokładnie 1/4 masy, nie należy jej dosypywać nawet wtedy, kiedy wydaje się, że masa nie posiada odpowiedniej konsystencji; w innym przypadku uzyska się mączny smak klusek







19 września 2012

notatnik matki-polki

Stałam się prawdziwą Mamuśką. Od momentu zobaczenia synka, który przytulił się do mnie i ufnie spojrzał w oczy (szukając odpowiedzi, czy jestem tą samą panią, która go nosiła), pokochałam tego szkraba - nawet nie sądziłam, że tak mnie to weźmie.
Opieka nad dzieckiem jest intensywna. Czasem nie mam czasu zjeść, wpycham śniadanie/obiad/kolację w przerwach na karmienie, zmianę pieluchy i kołysanie. Dni jednocześnie wleką się, podobne do siebie, chociaż diametralnie różne, a czas pędzi jak szalony. Synek ma już prawie trzy tygodnie. A w moim życiorysie zagubiły się dwa: zupełnie inaczej odczuwam upływ czasu. Inaczej podchodzę wreszcie do tego wolnego: nie wiem, co mam z nim robić... W chwilach nie-zajmowania-się-malcem sprzątam w pośpiechu, staram się coś ugotować lub upiec, załączam pranie. Jeśli te czynności nie wyczerpią czasu "dla mnie", siadam przed komputerem: sprawdzam pocztę, przeglądam blogi i "twarzową książkę". Zwykle wtedy synek budzi się i - wyrwana - "pędzę na ratunek". Kiedy jednak milczy, śpiąc, ja zatapiam się w pustce. Co robić? Niczego "na poważnie" zacząć nie można, bo Janek mimo wszystko lubi budzić się w momentach nieprzewidzianych. Siedzę więc i kontempluję. Czy macierzyństwo jest tak nudne, czy tak absorbujące? Na niewiele mam czasu, z drugiej strony mam się czym zająć. Opieka nad dzieckiem to praca całodobowa.
W amoku wychowawczym i wysłuchiwaniu porad płynących ze wszystkich niemal stron, opracowałam "notatnik matki-polki" - notuję w nim swoje posiłki, posiłki synka, informacje o wizytach i ustaleniach lekarskich, anegdotki. Spisuję dzień po dniu, uzupełniam zdjęciami (kiedy mam czas je wydrukować). Służy nie tylko utrwalaniu chwil ulotnych, pędzącego na złamanie karku czasu, który odbiera naszemu dziecko młodość (zabrzmiało dramatycznie ;)). Przydaje się też obserwacji mogących-wywołać-kolkę-brzydaków. Stąd większość notatek opatrzona jest naklejką butelki: by szybko odnaleźć zapiski poświęcone diecie młodego (inną naklejką oznaczam swoje codzienne menu). Staram się być mamą, której nic nie umyka. A przynajmniej, która ma świadomość, że zrobiła wszystko, co było w jej mocy ;).





"Lamówka" butelek biegnie linią przerywaną - jak przerywane są wszelkie czynności, kiedy płacze Jasio. (Poznaję znaczenie słów "rodzicielskie poświęcenie" ;))
Przerwane zostało też moje dotychczasowe życie. (I już nigdy nie będzie ono takie samo.) Ale czy to źle? Jestem zmęczona i czasem przegrywam ze zniecierpliwieniem, ale widok uśmiechającego się przez sen synka i czułe słowa Męża sprawiają, że życie nabiera sensu. Ma się dla kogo żyć :)

11 września 2012

mielone

Uwielbiam potrawy, które można przyrządzać za każdym razem inaczej, popisując się inwencją albo wykorzystując to, co aktualnie znajduje się w lodówce. Ostatnio Mąż miał ochotę na konkretny obiad - wykorzystaliśmy mięso mielone, które zamrożone czekało na ciepły powiew zainteresowania. Ot, dostało swoje pięć minut ;-)


Składniki:
 - opakowanie mięsa mielonego
 - cebula (ja użyłam połowy)
 - bułka tarta
 - jajko
 - ząbek czosnku
 - 2-3 kromki chleba tostowego (albo stara bułka)
 - przyprawy do smaku (wedle uznania, u mnie trochę czerwonej papryki, majeranku)
 - sól, pieprz
 - mleko

Mięso wrzucić do miski. Na patelni zeszklić posiekaną w drobną kostkę cebulę. Dorzucić do mięsa. Chleb tostowy obrać ze skórek i zanurzyć w mleku. Odsączyć jego nadmiar i wrzucić kromki do miski. Dodać ząbek czosnku rozdrobniony w wyciskarce. Dodać przyprawy i zioła oraz jajko. Wszystko dokładnie wymieszać ręcznie. W przypadku zbyt kleistej lub "mokrej" konsystencji dosypać bułki tartej: zagęści ona naszą mieszankę. Nie należy jednak przesadzać: zbyt duża ilość odbije się na smaku,  bułka tarta da swój posmak, niwelując inne.
Z gotowej masy formować kulki i obtaczać je w bułce tartej. Potem wystarczy je tylko podsmażyć na patelni.

Co jest najpiękniejsze? Że do zrobienia mielonych możecie użyć wszystkiego: do mięsa, jajka i bułki tartej (które stanowią niejako bazę) możecie dodać ugotowane kaszę (gryczaną lub inną), ryż, ale także posiekane orzechy, migdały, rozdrobnione wedle uznania warzywa lub świeże zioła, słowem wszystko! To kolejna z potraw, której ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. Próbujcie więc swoich własnych kombinacji i smaków.
Zdradzę jeszcze pewien sekret: odrobina cynamonu doda kotletom mielonym (i nie tylko) posmaku Wschodu ;-).





6 września 2012

kuskus z pieczarkami i pomidorami

Gdy potrzebuję ugotować coś na szybko, wybieram kuskus. Można do niego wrzucić właściwie wszystko, stąd wielość kombinacji i szansa, że szybko nam się nie znudzi. Najczęściej jem go z podsmażaną cukinią z pomidorami. Ostatnio wybrałam pieczarki i pomidory. Na zdjęciach koktajlowe, ale one posłużyły mi raczej jako nikły dodatek i ozdoba, na talerzu wylądowały standardowe, sparzone i obrane ze skórki oraz podpieczone razem z pieczarkami.

Składniki:
 - porcja kuskus
 - opakowanie pieczarek (ok. pół kilo)
 - jeden duży pomidor
 - olej, sól, pieprz i zioła do smaku (albo inne przyprawy)

Na patelnię wrzucić pokrojone w plastry pieczarki. Posypać je solą, żeby puściły sok. Zagrzać wodę i sparzyć pomidor, obrać go ze skórki i pokroić w grubą kostkę. Gdy pieczarki będą już miękkie i nieco podpieczone dorzucić do nich pomidory, które od ciepła nieco się rozgotowują, puszczając sok i dając przyjemny sosik. Chwilę podpiekać, w międzyczasie wykonać poniższe.
Porcję kuskus wysypać na głęboki talerz. Zalać wrzątkiem tak, by ok. pół centymetra wody wystawało ponad (zależy to też od tego, jaką konsystencję kuskus chcemy: przy mniejszej ilości wody będzie bardziej suchy; według mnie najlepszy jest wilgotny). Odczekać do wsiąknięcia, "pomerdać" widelcem.
Gotowe warzywa wyłożyć na kuskus.
To wszystko!








[przepis własny]

27 sierpnia 2012

golden syrup cake


Mile łechta podniebienie zaklęty w wypieku karmel... Ciasto świetne, pasuje do wszystkiego: jako słodka przekąska do kawy, ale i pomysł na szybkie śniadanie (kiedy doda się np. łyżkę śmietany albo szklankę mleka). Poza tym przepis kapitalnie sprawdził się do wykorzystania zalegającej mi w kuchni ilości golden syrupu. Skwitować całość mogę cytatem z reklamy Oreo: "Nie musisz mówić mniam, ale trudno się powstrzymać!" ;) Takie ciacho może długo leżeć, podobno najlepiej smakuje po tygodniu.
Korzystałam z przepisu ze strony upieczmnie.blogspot.com.

Składniki:
450 g golden syrupu (swój zrobiłam w zeszłym roku wg przepisu cioci - znajdziecie go TUTAJ)
450 g mąki
225 g masła
150 g cukru trzcinowego (w oryginale 225 g cukru light muscovado, ale swobodnie można go zastąpić brązowym)
300 ml mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia

W rondlu roztopić masło i cukier w golden syrupie: gotować do momentu połączenia się wszystkich tych składników. Zdjąć z palnika i studzić przez ok. 10 minut.
Piekarnik nastawić na 160 stopni (mnie trochę poniosło i przypadkiem nastawiłam na ok. 176 stopni - zauważyłam dopiero przy wyciąganiu ciasta, które i tak wyszło ;)). Prostokątną blachę natłuścić i lekko podsypać mąką.
Mleko ubić z jajkami, w osobnej misce połączyć mąkę z proszkiem do pieczenia. Ostudzoną (po wspomnianych 10 minutach) masę "płynnego miodu" wymieszać z jajeczno-mleczną, polecam z użyciem miksera. Gdy obie połączymy, należy dodać produkty sypkie i całość zmiksować na gładką masę. Gdy takową otrzymamy, przelać na blachę i wstawić do piekarnika na ok. 50 minut.
Anna Dominika proponuje u siebie polanie ostudzonego ciasta 4 łyżkami golden syrupu, by stworzyć wierzchnią warstwę przypominającą bursztyn albo złoto (+ nieco chrupką). Można to jednak pominąć, gdyż samo ciasto posiada już taką skorupkę.





26 sierpnia 2012

chmurka-poduszka

Różowa koszulka w grochy została zdjęta i rzucona w kąt. Kilka dni leżała, przyglądając się w milczeniu przerzucanej stercie ubrań, które ją zastąpiły. Kropelki potu, w których zamknięto marzenia senne, już dawno zdążyły w nią wsiąknąć - myślała, że zostaną z nią na zawsze, dotrzymując towarzystwa. Obecność chłodnego bębna, stalowe więzienie z biczami wodnymi uświadomiły jej, że jest czarownicą. Nie utonęła, więc była winna magii. Wyciągnięto ją, rozwieszono na drucie za obie ręce. Pocięto na kawałki i wypchano jak pamiątkę z polowania. Ona jednak była szczęśliwa: jej czary ukołyszą do snu pewnego Jasia...

Mam w domu mnóstwo ubrań, z którymi nie mam co zrobić. Część posyłam dalej, część zostawiam, chcąc wykorzystać w inny sposób. Tak stało się z różową koszulką, w której przez jakiś czas spałam. Przyrost piżamowego odzienia wymusił jednak czas deklaracji. Koszulka została odrzucona, ale bez zgody na wyrzucenie. Pomysł wykorzystania jej w aranżacji kącika dla syna przyszedł sam, bardzo naturalnie... Postanowiłam stworzyć poduchę-chmurkę. Co by marzenia senne mogły bujać się nieopodal księżyca i gwiazd...


Tak naprawdę zrobienie podobnej ozdoby wcale nie jest trudne: wystarczy kawałek materiału, nić w dobranym kolorze, igła, coś do wypełnienia (świetnie sprawdza się zawartość najtańszych poduszek z Ikei: niebieskich jaśków, które są bardzo tanie, a których środek jest wydajny), odrobina czasu i chęci. 
Słodkich snów!

23 sierpnia 2012

pavlova, czyli tort bezowy

Przepis zaczerpnęłam ze strony, którą odwiedzam regularnie: whiteplate.blogspot.com (link do przepisu TUTAJ). Liska zaczarowuje nie tylko podniebienie, ale i syci oczy: jej zdjęcia urzekły mnie przy pierwszej wizycie i, przyznam, dzięki nim pozostałam na dłużej (goszcząc się w miękkim fotelu z filiżanką kawy w dłoni). Biały talerz kojarzy mi się z dzieciństwem: porcelanową zastawą babci, może i niekompletną, ale zawsze intrygującą, bo zestawiającą wiele różnorakich faktur i kształtów. Przywołuje wspomnienia rozmazanych sosów, błąkających się okruszków, skórek od chleba, których nie dojadały moja siostra i kuzynka.
Jeśli chodzi o tort bezowy pierwszy raz zetknęłam się z nim oglądając program Nigelli. Byłam zachwycona ciągnącą się w środku bezą i owocami zanurzonymi w śmietanie. Stwierdziłam, że kiedyś koniecznie go zrobię. Przepis znalazłam właśnie na stronie Liski, czekał jednak w ulubionych aż do dnia wczorajszego...


To moja druga beza w życiu i po raz kolejny udana. Liska zauważa, że z nią jak z biszkoptem np. - najprostsze rzeczy bywają kulinarnie najtrudniejsze. W moim przypadku może zaważyły geny, moja babcia nie od dziś jest bezową królową, więc być może spłynęła na mnie odrobina jej władzy na białkami ;-).
Pavlova nazwę zawdzięcza baletnicy Annie Pawłowej, której podobno była zadedykowana. O dziwo, Nowozelandczycy przypisują sobie autorstwo przepisu.

Pavlova - składniki:
 - białka z 4 dużych jajek
 - 200 g cukru pudru
 - płaska łyżka mąki ziemniaczanej
 - 2 łyżeczki octu

+ bita śmietana i owoce do dekoracji (i do zjedzenia oczywiście ;-P)

Nastawić piekarnik na 150 stopni. Białka ubić na sztywną, błyszczącą pianę; pod koniec ubijania partiami dodawać cukier puder. Na końcu wsypać mąkę ziemniaczaną i wymieszać (ja zrobiłam to również przy pomocy miksera). Na końcu wlać ocet i wymieszać.
Na papierze do pieczenia narysować okrąg o średnicy ok. 20cm i przełożyć na niego bezę. Temperaturę piekarnika ze 150 stopni zmniejszyć do 120 i włożyć bezę. Piec godzinę i 20 minut. Potem trzymać w wyłączonym piekarniku do wystygnięcia. (Liska zaznacza, że różne piekarniki różnie reagują; najlepiej poznać swój własny i jego "odchyły".) Gotową bezę udekorować bitą śmietaną i owocami. Ja wybrałam brzoskwinie, które obrałam ze skórki i pokroiłam.



 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka