1 listopada 2011

cukierek albo psikus - ciasto dyniowe

Nigdy nie obchodziłam Halloween. Zawsze jednak podobały mi się przebieranki i straszenie się wzajemnie - nie ze złych pobudek, ale dla zabawy. Dlatego też przeciwna Halloween nigdy nie byłam - słyszałam tylko od niektórych najbliższych, jak to złe i diabelskie święto. W pewnym momencie jednak - już bardziej świadomie - powiedziałam: dosyć. Święto to samo z siebie złe nie jest. A kto nie potrafi zgłębiać historii, czy wzorów innych kultur powinien zamilknąć. Sądy i oceny łatwo bowiem wychodzą z naszych ust. Za łatwo.
Halloween ma wiele wspólnego z naszym świętem zmarłych. Zresztą, sama jego nazwa mówi nam wiele: All Hallows’ Eve, tak więc wigilia Wszystkich Świętych. Wywodzi się z celtyckiego Samhain, kiedy witano zimę i świętowano pamięć o umarłych. Miała się wówczas zacierać granica między zaświatami a rzeczywistością żywych, do domu zapraszano więc dobre duchy, złe odstraszając. Uważa się, że to dla ich odstraszenia zaczęto przebierać się w pewnym momencie za "strachy". Symbolika ognia była dla święta niezwykle ważna - palono ogniska dla niejako złączenia się z siłami słońca i przegnania chłodu i ciemności (mających nadejść wraz z zimą). Ogień i tańce łączono zresztą z ofiarą z plonów - w podzięce i wypraszając dobra. To Wyspy - Anglia, Irlandia, Walia... Za sprawą irlandzkich imigrantów USA. Słowianie posiadali swoje Dziady.
Jak to z chrześcijaństwem bywało, zaadaptował on pogańskie rytuały do swoich potrzeb. Obchody Wszystkich Świętych przeniesiono z maja na 1 listopada, łącząc go w ten sposób z Halloween. Miało to zapewne na celu - jak zazwyczaj w takich sytuacjach - skojarzenie konkretnej daty i święta z obrządkiem chrześcijańskim. Dlaczego więc dzisiaj taka wrzawa w Kościele katolickim? Otóż kościół satanistyczny "przejął" Halloween i wykorzystał "przerażającą" otoczkę święta - odbywa się więcej czarnych mszy, modłów do Szatana i tym podobnych. Dlatego należy uważać - bo złe duchy, jak w przypadku Samhain, stają się bardziej aktywne a granica między światami może się zatrzeć. Samo Halloween nie jest jednak samo w sobie złe. Ważne, żeby rozróżnić te kwestie. Sataniści zwykli wykradać różnym religiom ich symbole, przeinaczając je i - w pewien sposób - dewastując (w każdym razie na pewno ich znaczenie). Przykłady? Egipski ankh, rodzaj krzyża, który symbolizował w kulturze starożytnej życie, stał się dla satanistów kluczem do innego świata, kluczem, który umożliwia Szatanowi przejście. Podobnie z egipskim udżatem, okiem Horusa (na pamiątkę tego, które bóg Set wyrwał mu w trakcie walki) - stało się okiem diabła płaczącego nad tymi, którzy do niego nie przeszli. Z symboli chrześcijańskich podebrali "odwrócony krzyż" - krzyż św. Piotra, na takim bowiem został ukrzyżowany. Wyraźnie widać więc, jak źle można odczytać pewne symbole, nie znając ich rodowodu. Jeśli jako katoliczka zapragnę nosić krzyż św. Piotra - pamiętając jego męczeńską śmierć i prośbę, by krzyż odwrócono, bo apostoł nie czuł się godzien umierać jak Jezus - będę jednocześnie w pakcie z Szatanem? Nosząc odwrócony krzyż? Wszystko moim zdaniem zależy od kontekstu, od własnej wiary wreszcie. Dlatego nie widzę nic złego w Halloween. Ważne, żeby przestrzegać przed wzmożoną aktywnością pewnych duchów i grup. Nie można jednak wyłącznie negować.
Stąd wyprawa po dynię i zabawa w tworzenie Jacka.


Dynia jest niezwykle zdrowa - posiada mnóstwo pełnowartościowych nienasyconych tłuszczów roślinnych, które, szczególnie mnie - wegetariance, są niezwykle potrzebne. Poza tym jest źródłem witamin. Czego chcieć więcej? Jej piękny pomarańczowy kolor świetnie komponuje się z jesienią w koronach drzew i wspomnieniem lata. Kawałki dyni zamknięte w słoikach na zimę zachowuję nieco tej słoneczności i przywołują wspomnienia ciepłych dni. Nim jednak zakręcę przezroczyste naczynia z mugolskim felix-felicis, upiekłam dyniowe ciasto. Na Halloween. Na deser. W końcu... cukierek albo psikus? ;-)
Pestki z dyni zostaną zasuszone. Pamiętam z dzieciństwa, jak babcia częstowała mnie nimi powtarzając, że są jak cukierki, a nawet lepsze - dobre i zdrowe jednocześnie.




Ciasto z dyni:
 - 2 szklanki startej dyni
 - 3 jajka
 - szklanka cukru
 - szklanka oleju
 - 3 szklanki mąki lub 2 szklanki mąki pszennej i  szklanka mąki żytniej (dałam krupczatkę)
 - opakowanie cukru waniliowego
 - łyżeczka sody
 - 3 łyżeczki cynamonu

Jajka ubijamy z cukrem, potem dodajemy pozostałe składniki - poza dynią. Ją dodajemy do gotowego ciasta i - w miejsce miksowania - mieszamy. Wkładamy do wysmarowanej masłem okrągłej blachy i pieczemy w 180 stopniach przez 50 minut.



Samo dobieranie się do dyni robi niezwykłe wrażenie - po kuchni rozchodzi się zapach melona, pomarańczowy sok cieknie po rękach, a z wnętrza wyrywa się rodzaj warzywnych flaków, które trzymają kurczowo bogate w witaminy pestki.


Nic dziwnego, że dynię wykorzystuje się w procesie "Halloweenowego straszenia". Grzebanie w jej "głowie" i wyrywanie "flakowatego" miąższu działa na wyobraźnię. Osobiście miałam mnóstwo frajdy ;-).
Po wydobyciu wszystkich dobroci można przystąpić do tworzenia Jacka - Jack-o'-lantern w irlandzkiej tradycji symbolizował dusze zmarłych - miały nimi być błędne ogniki. Dlaczego Jack? Według legendy był to pewien bardzo chciwy mężczyzna, który obiecał diabłu swą duszę w zamian za bogactwo. Gdy szatan przyszedł odebrać swoją własność, Jackowi udało się zbiec. Zmarł jednak 31 października. Przez jego chciwość nie chciano wpuścić go do nieba, piekło pogardziło nim, pamiętając, jak z nich zadrwił. Jack został więc zmuszony do błąkania się po świecie aż do sądu ostatecznego...


Chociaż osobiście się nie przebieraliśmy ("świętując" tylko kuchennie, podziwiając ewentualne błędne ogniki na cmentarzu), ciasto dyniowe zyskało za sprawą Męża nową postać. Kto wie, za kogo się "przebrało"? ;-)


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka