27 lipca 2011

smaki: masło orzechowe

Ostatnie wpisy wciąż o jedzeniu. W sumie jak głębiej się nad tym zastanawiam to nie dziwi mnie zaistniała sytuacja. Lipcowe dnie głównie poświęcam czytaniu, a towarzystwo kawy wymaga czasami nieco wznioślejszych, kulinarnych starań. Skoro zaś o połączeniach kubków smakowych ze zmysłem wzroku mowa...
Masło orzechowe zasmakowało mi jakiś czas temu, wcześniej występując jedynie w roli drugoplanowej, zazwyczaj w połączeniu z karmelem lub czekoladą. Jego smak na tyle jednak mnie zauroczył, że od kilku miesięcy zaopatruję się zawsze w słoiczek owego specjału, nudząc przy śniadaniu mało urozmaiconym posiłkiem. Mniej więcej w czasie zakupu masła orzechowego miał również miejsce zakup "Klubu Dumas". Okładka, na której pięknie zamyśla się Johny w kreacji z filmu Romana Polańskiego, w połączeniu z promocyjną ceną i fotografiami w gustownej czerni i bieli... Ach. Książka i masło orzechowe od tego czasu stopiły się z sobą nieomal w jedno. Gdy czytam - czuję smak masła w ustach. Gdy jem - przeszukuję w wyobraźni zakurzone kolekcje, pomiędzy regałami starając się dostrzec zamyślonego Corso. Wszak "Klub Dumas" szeroko traktuje o książkach. Ciekawa jestem zakończenia. Film ("Dziewiąte Wrota") pod tym względem mnie rozczarował. Niezwykła atmosfera, magnetyzm klimatu Polańskiego i taki finał... Mam nadzieję, że pierwowzór literacki nie zawiedzie. Zwłaszcza, że zawiera w sobie pominięty w obrazie kinowym wątek Dumasa...









17 lipca 2011

shortbread

   Pamiętam swój zachwyt, gdy po raz pierwszy skosztowałam szkockich ciastek firmy Walkers. Prawdziwie maślane, z lekką nutką soli, która w połączeniu ze słodyczą tworzyła prawdziwie zachwycające, smakowe niuanse. Jadłam je w towarzystwie pysznej kawy w kawiarni sieci księgarń Empik, gdzie dwa paluszki ciastek kosztowały 4 złote (!). Wytwarzane w krainie noszących kilty mężczyzn były czymś jedynym w swoim rodzaju, szukałam więc wyrobów firmy w sklepach. W Internecie cena mnie odstraszyła (wysoka cena ciastek w porozumieniu z kosztami wysyłki), w tradycyjnych ich nie widziałam. Aż do dnia, kiedy gazetka reklamowa z Lidla oświadczyła uroczyście, że można je kupić. Nakłaniany przeze mnie mąż w końcu uległ i pozwolił mi wydać kilkanaście złotych na jedno opakowanie maślanych kostek domino. Niestety - nim do sklepu dotarłam, już ich nie było. Gdy znalazłam przepis na Internecie... długo się nie wahałam. Przepis czekał na pulpicie tygodni kilka, nim w domu pojawiła się zdatna do jego urzeczywistnienia blacha do pieczenia. A że mąż mi niedawno niespodziankę zrobił... 


Shortbread
355g mąki (2 i 1/5 szklanki)
170g masła
80g cukru (4/5 szklanki)
łyżeczka soli (lub jak kto woli: większa szczypta)

Masło powinno być miękkie, by lepiej łączyło się ze sobą wszystkie produkty. Zrobiłam to ręcznie, ugniatając dość sypkie ciasto. W oryginalnym przepisie (dostępnym TUTAJ) była sugestia, by całość rozwałkować i wówczas przełożyć na blachę, niemniej maślane grudki nie były skore do tego rodzaju współpracy, wobec czego przechytrzyłam bestie - na wysmarowaną masłem blachę wielkości 20cm na 20cm wyrzuciłam poszczególne cząstki kruszącego się ciasta i ugniatałam na jednolitą masę. Nakłułam jeszcze delikatnie powierzchnię widelcem i wstawiłam do piekarnika, który nagrzałam wcześniej do 190 stopni. Piekłam nieco ponad 10 minut, aż brzegi zrobiły się miodowe (innymi słowy: kiedy zabarwiły się na kolor ciemniejszy niż reszta). Gotowe ciasto można posypać lekko cukrem: kostki będą się wspaniale skrzyły, jakby posypane kryształkami soli (właśnie takie wrażenie pamiętam z uważnych obserwacji szkockich Walkersów). Po wystygnięciu przycinamy do wielkości mniej więcej kostek domina i napawamy się ich niepowtarzalnym smakiem.


4 lipca 2011

River and Tides

   Andy Goldworthy - zaklinacz światła w lodowych soplach, łapiący promienie w bawełnianych szlakach granicznych, widzący we wszystkich milionach kolorów tęczy, barwiący sny swoje i innych na magiczne. Udowadniający, że świat jest piękny, spokojny, harmonijny. Że Ty jesteś w nim piękny, spokojny i harmonijny. Że wszystko, mimo krótkotrwałości, jest wieczne, bo przechowywane w Twojej duszy i sercu.
   Usiądź nad brzegiem rzeki (umocz nogi, pozwól im na nowo poczuć się dziećmi) i obserwuj fale.

Tides in my blood follow the pale moon...
drawing my soul to the skies*





* Tarot, "Tides" (do posłuchania TUTAJ)

2 lipca 2011

jaskółka


    Jakiś czas temu narodził się pomysł tatuażu; do teraz jeszcze niezrealizowany. Jaskółka? Czemu jaskółka? - pytali, a ja mówiłam coś o wolności, przeglądając nerwowo foldery ślubne i uśmiechając się do wyimaginowanej młodej pary, która niebawem miała przybliżyć zakończenia znane z bajek.
   Jaskółka, ten czarny sztylet, który przecina niebo uświadamiając, jak wiele nas dzieli i łączy jednocześnie, jak dobrzy i źli jesteśmy, jak wiele z nas z aniołów, którym podcięto skrzydła i zakazano wstępu do Raju. Ta siostra burzy, która wśród błyskawic w zagajniku ukryta opowiada historie o dzielnych ludziach z krańca czasu, którzy wznosić będą oczy ku zakrytemu chmurami słońcu i mrużyć będą powieki, w których skraplać będą się łzy zmieszane z kroplami deszczu.

Jaskółka uwięziona

Jaskółka czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła
Jak wyrok naw prostokąt.
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk, który ją ogarnia

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa

Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant wrzucony tu przez diabła

Na wieczne wirowanie, na bezszelestną mękę
Na gniazda nie zaznanie, na przeklinanie piękna



Stan Borys pięknie interpretuje tekst, śpiewając TUTAJ.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka