18 czerwca 2011

smaki: rachatłukum


   Pamiętam swoje zdziwienie, gdy poprawiłam się nerwowo na kinowym krześle - na posłaniu z zimowego płaszcza - w trakcie pokazu "Opowieści z Narnii: Lwa, Czarownicy i Starej Szafy". Edmundowe rachatłukum zburzyło bowiem moje wyniesione z lektury książkowej przekonanie o smakowitości ptasiego mleczka (czy może raczej jego smakowej niezwykłości i magiczności). Cóż, tłumaczenia. Kochany Pan Polkowski (zasłużony dla mnie już na wieczność za tłumaczenia Pottera) cały jeden rozdział nazwał nawet "Ptasim mleczkiem" (wszak przekupny ten prezent rolę odegrał nie małą), zapewne sięgając do naszej znajomości słodyczy. Pierwszą bowiem moją reakcją na przytoczoną scenę filmową było: "Rachatłukum? A cóż to takiego? (Bo wygląda przepysznie!)"
   Rachatłukum to nic innego, jak turecki deser przyrządzany ze skrobi pszennej lub mąki ziemniaczanej oraz cukru. Często aromatyzuje się go wodą różaną (popularną zresztą w krajach tureckich jako dodatek do różnych słodkości). Są wydania tego deseru z bakaliami, smakowałam ongiś rachatłukum z pistacjami (niezwykle sycące), niemniej zawsze wracałam myślami do edycji "Edmundowej", ciekawa niezwykłości smaku. Niespodziankę zrobił mi tata, przywożąc ze sklepu kolonialnego pudełko różanego rachatłukum. Smak? Intrygujący. Trudno go do czegoś przyrównać. Nie jest to galaretka, nie ciągnie się również w ustach jak krówka - jest w konsystencji czymś pośrodku. Oprószony zwykle cukrem pudrem, który jednak - na mój gust - jest wersją orientalną, ma inny smak, trochę przypominający watę cukrową. Po jednej, dwóch kostkach ma się go dość - syci porządnie, wypełnia usta swoim smakiem, który po kilkudziesięciu sekundach żąda dokładki. Jest niezwykły. Fascynuje. (Nie potrafię wyjaśnić jego fenomenu. Zostałam chyba zaczarowana, jak Edmund.)










Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka